,,W życiu nie chodzi o posiadanie samych dobrych kart, ale o umiejętne granie tymi, które już masz w ręku. Uwierz, że warto żyć, a twoja wiara sprawi, że stanie się to faktem. Nie zagłębiaj się w przeszłości, nie śnij o przyszłości, skoncentruj swój umysł na obecnej chwili'' Żyj!
niedziela, 8 października 2017
08.10.2017r
Wakacje minęły bardzo szybko. Tak jak wspominałam wyjechałam z dziećmi nad morze. Dwa tygodnie odpoczynku, którego bardzo potrzebowałam. Właściwie to był już ostatni dzwonek, abym kompletnie nie zwariowała. Ciągłe szpitale, zabiegi, w miedzy czasie przeplatane wizyty na oddziale z młodym i stres wykańczał mnie psychicznie i fizycznie. Już nawet moj profesor dał mi wyraznie do zrozumienia, abym odpoczęła bo mój stan emocjonalny sięgał zenitu. Nie mogłam sobie z tym w żaden sposób poradzić, więc kiedy nadarzyła się okazja wyjazdu z Mateuszem do sanatorium, zapakowałam walizki i ruszyliśmy do pięknej nadmorskiej miejscowości zwanej Dąbki. A tam- nie dość, że czekała na nas 24h plaża położona ok 150m od ośrodka, las, spokój, sanatoryjne zabiegi, to jeszcze mnóstwo atrakcji dla dzieci. Tak więc cała nasza trójka była zadowolona. Wtedy to właśnie książka, leżak i szum morza stały się moją odskocznią każdego dnia. I nie miało dla mnie znaczenia czy to była godzina 7 rano czy 21 wieczorem. Siedziałam na gorącym piasku i upajałam się tą radością i relaksem jaki był mi potrzebny. Odpoczęłam. Jaki nigdy i nigdzie wcześniej. Wróciłam silniejsza i mocniejsza emocjonalnie. A co najważniejsze- SZCZĘŚLIWA. We wrześniu czekała na mnie kolejna biopsja. Tym razem jednak jechałam do Zabrza bez strachu. Wewnętrznie byłam spokojniejsza i bardziej optymistycznie podchodziłam do wszystkiego. Zajechaliśmy na miejsce jak zwykle dzień wcześniej, to przy okazji po tak długiej podróży mogłam sobie jeszcze odpocząć. Dzień pózniej wjeżdzając na hemo nogi się pode mna prawie ugięły jak zobaczyłam na korytarzu twarz lekarza, który pozostał w mojej pamięci na zawsze...
-Dzień dobry. Przepraszam, kto dziś robi biopsje?- oczywiście standardowe pytanie było skierowane do pielęgniarki.
-Pani Asiu dziś wszyscy są i większość lekarzy jest chętna do przeprowadzenia zabiegu. Proszę się położyć zacznę panią przygotowywać.
-Nie. Prosze mi wybaczyć, ale nie pozwolę aby pan.... się po raz kolejny do mnie zbliżał.
Pielęgniarkę zamurowało. Patrzy na mnie- Ja na nią.
-Nie położę się, dopóki nie będę miała pewności, że przyjdzie do mnie inny lekarz. Wiem że mam do tego prawo i właśnie teraz nie waham się tego wykorzystać. I przysięgam pani, że jak go zobaczę obok siebie to zejdę ze stołu. A naprawdę nie chcę narażać pani na dodatkowe ponowne przygotowania, więc poczekam sobie na tym stołeczku...
No trudno myślę sobie. Kolejna afera na hemo w tą lub w tamtą stronę nie zrobi różnicy. Widzę, że pielęgniarka jest wyraznie zdezorientowana, więc nie czekając kontynuuje dalej:
-Może jest dr...? On ostatnio robił mi biopsję spod obojczyka. Jemu ufam.
-Tak. Jest- panią puścił stres - pójdę spytać czy może przyjść do pani, bo miał w planach coś innego. Proszę poczekać.
Zrobiło się wyrazne zamieszanie...ale siedzę twardo dalej. Czuję na sobie spojrzenia, jedni wchodzą- inni wychodzą, ktoś zagląda. Czekam dalej. Jest! Z cudownym uśmiechem na twarzy i pewnym krokiem podchodzi do mnie pielęgniarka a za nią...mój wspaniały lekarz.
-Witam pani Asiu. Słyszałem, że ma pani specjalne życzenie co do mojej osoby na zrobienie zabiegu. Tak więc jestem. Idę się więc przebierać, a pani wskakuje na stół i zaczynamy.
Uff. Ależ mi się buzia uśmiechnęła. Cały stres odszedł w sekundzie. Z tej radości uściskałam przemiłą pielęgniarkę i z pełnym zaangażowaniem oddałam się w ręce anioła. Zabieg trwał niecałe 15min i pomimo bólu jaki towarzyszy mi za każdym razem czułam się spełniona...o ile tak to można nazwać.
-Dziękuję panie doktorze. Właśnie uczynił mnie pan najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Czy następnym razem też mogę pana ,,zamówić''?
-Tak może pani. Jak widać nawet spod ziemi potrafi pani mnie ściągnąć do siebie, więc jeśli będę to przyjdę na pewno- Pośmialiśmy się i mój anioł się oddalił.
Wracając jednak do swojego zachowania na hemodynamice...Powiedziałam sobie po powrocie znad morza, że nigdy więcej nie pozwolę żadnemu lekarzowi na skrzywdzenie mojego ciała. Wiem, że badania w moim przypadku są najważniejszą kwestią, aczkolwiek jak widać są ludzie i ludzie... Niektórym nie są ważne nasze uczucia i to co w danym momencie przeżywamy- tylko ich praca. A to właśnie pózniej my borykamy się z krzywdą pozostawioną na naszej psychice, emocjami które w nas zostają, płaczem, oraz bólem towarzyszący po dotknięciu takiego ,,sadysty''. Można przecież podejść delikatniej, z wyrozumiałością do drugiego człowieka...trzeba tylko chcieć. A my jako pacjenci mamy prawo wyboru. I będę walczyć o to zawsze- dopóki takie badania będą na mnie czekały, albo zanim nie powieszą przed wejściem na hemo kartki- dla Prorok wstęp wzbroniony!
Nadszedł pazdziernik. A wraz z nim moje studia. Pierwszy zjazd mam już za sobą i czuje się z tym faktem fantastycznie. Że się zmobilizowałam i zaczęłam. Dla mnie, osoby która zawsze miała pod górkę ze zdrowiem, wiecznie zmeczonej i w efekcie żyjącej w większości ze złym samopoczuciem zrobienie takiego kroku w przód jest jak gwiazdka z nieba. Zdrowy człowiek mający takie możliwości na wyciągnięcie ręki nie zrozumie nigdy mojej radości z tego, że chciało mi się po 13 latach wracać do nauki. Że czerpię z tego satysfakcję i jak ważne jest dla mnie dalsze wykształcenie- nawet mając już lat 30+ Moje małe marzenia realizuje teraz. Będąc inaczej patrzącym na świat człowiekiem, doświadczonym przez chorobę i twardo stąpającym po ziemi. Może mi przejdzie- nie wiem...ale jedno czego jestem pewna to fakt, że moja determinacja i ciągłe dążenie do wyznaczonego celu ukształtowało we mnie poczucie wartości i wiary we własne Ja. Spełniam się.
I chociaż nie zawsze jest fajnie i kolorowo, bo życie różnie się układa nie siedzę z założonymi rękami tylko działam. Obserwuje i czekam na kolejną rzecz, która mnie porwie...a to już niebawem. W listopadzie kolejny skok na głęboką wodę. Co raz częściej też myślę, aby swojego bloga przenieść na papier. Myśl już zakiełkowała...a Ja tak łatwo nie odpuszczam.
Czy się uda?
Zobaczymy 😊
niedziela, 25 czerwca 2017
Zabrzańskie Anioły
Czerwiec.
I kolejna wizyta na śląsku. Tym razem znowu rodzinnie. Młody na kardiologię dziecięcą- Ja na transplant. Mateusz przyjechał z zamiarem zrobienia rezonansu serca i badań względem kwalifikacji. Pan dr tym razem sprężył się pięknie i porobił wszystkie badania, które po raz kolejny poszły na konsultacje do profesora ,,od serca''. A my czekamy na decyzję co dalej. Mnie natomiast czekała moja pierwsza koronarografia. Jak zawsze w takich przypadkach trzęsłam się jak osika czekając w zielonym skafandrze na badanie. Kiedy wjechałam na hemo podejrzewam, że byłam blada jak ściana, bo pierwsze o co spytał lekarz- czy dobrze się pani czuje? Zrobiliśmy sobie krótką miłą pogawędkę przed na chociaż chwilowe rozluznienie atmosfery. Koronarografia zaczęła się badaniem z ręki. Nawet nie jest zle- pomyślałam... Szybko jednak pożałowałam tych słów. Ból jaki zaczął przeszywać moją rękę stawał się nie do zniesienia.
- O jezuuuu panie doktorze jak boli.
- Pani Asiu ma pani w jednym miejscu bardzo zwężoną tętnicę. Ale już zaczęliśmy, więc żeby nie kłóć teraz nogi chciałbym skończyć. Proszę wytrzymać.
O matko i córko- myślę. Zaczyna się. Próbowałam jakoś spiąć się w sobie, ale na boga nie dałam rady. Mój cichy płacz zamienił się już w istny wrzask. Podejrzewam, że cała hemodynamika stała na nogach. Tysiące myśli przebiegało mi przez głowę- tych dobrych i tych złych. Na pomoc wezwali jeszcze dwóch lekarzy, żeby poradzić sobie z tą nieszczęsną nie chcącą współpracować tętnicą. Byłam wykończona psychicznie i fizycznie. Płakałam jak małe dziecko i modliłam się, żeby ten koszmar się już skończył. Moja ręka wołała o pomstę do nieba a Ja już chyba z tego stresu zaczęłam im odlatywać. Zrobił się lekki szum na sali, podłączyli mnie pod tlen i zaaplikowali mi coś po czym miałam wrażenie, że wiruje gdzieś w przestworzach. Kiedy okazało się, że relanium uspokoiło mnie na tyle aby odłączyć mnie od tlenu, przerzuciłam się na drugie łóżko i pojechałam na swój oddział. Czułam się jak marionetka z którą można było zrobić dosłownie wszystko. Cieszyłam się, że jest już po wszystkim, ale z drugiej strony rozrywało mnie od środka. Jak wróciłam cieszyłam się jak małe dziecko, że jestem ,,u siebie''. Na swoim oddziale, wśród swoich pielęgniarek dzięki którym czułam się bezpiecznie. Ich dobre słowo, uśmiech i niekiedy to, że potrafią cie pocieszyć zwykłym przytuleniem w tak cholernie beznadziejnej sytuacji w jakiej się znalazłaś stawia na nogi i daje kopa jakich mało.
Anioły jak wiele osób z mojego otoczenia wie, odgrywają bardzo istotną rolę w moim życiu. Dlaczego? Nigdy o tym nie pisałam, ale to one dają mi siłę i otaczają opieką każdego dnia. Jeszcze przed przeszczepem- dokładnie jakiś tydzień, kiedy jak ta czarownica miałam świadomość, że niedługo dostanę telefon- w nocy ukazał mi się Anioł. Piękny, cudowny, jasny jak promień który stał przede mną z rozłożonymi rękoma. Serce łomotało mi jak szalone do tego stopnia, że ze strachu obudziłam swojego męża mówiąc że chyba umieram. Byłam przerażona i nie wiedziałam jak interpretować to co zobaczyłam. Zaczęłam już nawet wbijać sobie w głowę, że to może był sen i nic takiego nie miało miejsca. Dwa dni pózniej historia się powtórzyła. Tym razem moim oczom ukazał się papież. Nasz polak Jan Paweł II. Uśmiechnięty, z ręką w górze jak błogosławił ludzi. Tym razem już byłam spokojna. Patrzyłam i patrzyłam na niego dopóki nie zniknął. Trzy dni pózniej zadzwonił telefon: - Pani Asiu mamy dla pani serce....
Od tego czasu Anioły stały się częścią mnie. W domu uzbierała się już ich niemała gromadka...i nadal ich przybywa. Każdy jest z innego zakątka Polski, ma swoją historię i jest podarowany od wspaniałej osoby. Terazniejsze figurki przyjechały ze mną ze śląska. Podarowane przez cudowne osoby, którym przez ostatni rok mój los nie był obojętny. Ich pomoc sprawdza się w każdej sytuacji, a za każdym razem kiedy jadę w tamtą stronę czuję się dzięki nim bezpieczna.
Teraz odpoczywam już w domu i regeneruje siły wśród swoich kochanych dzieci.
Po takich szpitalnych jazdach potrzebuję kilka dni,żeby się jakoś psychicznie pozbierać. Ale to tylko mały epizod, wśród tego co mnie dobrego jeszcze w życiu czeka. Także trochę się wygadałam i ruszam z kopyta. Szkoda życia na nieszczególne ważne stresy...
niedziela, 7 maja 2017
07.05.2017r
,,Życie każdego człowieka jest baśnią
napisaną ręką samego Boga''
Hans Christian Andersen
Wczoraj wróciłam z kolejnego szpitala, a co z tym się wiązało z kolejnego zabiegu. Tym razem takiego od babskich spraw. Przyjechałam do szpitala i już na wstępie pomyślałam, że najbezpieczniej czuje się jednak na swoim oddziale...wśród znajomych lekarzy, pielęgniarek i całej tamtejszej załogi. I miałam rację. No ale nic. Wiedziałam, że zabieg jest nieunikniony a mój pobyt będzie trwał góra 2 dni. Przeleżałam cały dzień nie robiąc nic poza czytaniem książki i słuchaniem muzyki która odstresowuje mnie w takich sytuacjach na maxa. Następnego dnia zaraz po przebudzeniu zabrali mą osobę na salę operacyjną. Wjechałam rzecz jasna blada jak ściana, obwiązali mi ciało na różne sposoby jakbym podczas narkozy miała zamiar uciekać i czekałam na profesora. Przyszedł anestezjolog...
- A gdzie są pani wyniki krwi?
Cisza. Ludzi gromada, a czekają jakbym to Ja miała zabrać głos.
- Gdzie są Pani badania? Ja chcę widzieć jaka jest morfologia i co najważniejsze elektrolity. Nie podejmę się usypiania bez tego.
- Nie ma Panie doktorze.
- Jak to nie ma? Nikt nie zlecił tego? Pacjentka wysokiego ryzyka i przyszła na sale bez morfologi. Proszę to zrobić.
Komedia. Odwiązali, położyli na kozetkę i zawrócili na sale. Po 3 godzinach pojechałam znowu. I kolejny stres, kolejne przygotowania. Tym razem się udało. Przejechałam na POP, poleżałam godzinkę i wróciłam na sale. Musiałam jednak zostać dzień dłużej, więc chcąc nie chcąc przespałam pół dnia. Następnego dnia szykowałam się do domu. Z lekka zniesmaczona, że po zabiegu nie przyszedł do mnie żaden lekarz z informacja czy wszystko jest ok czekałam już tylko na jak najszybsze wyjście do domu. Pielęgniarka bez słowa przyniosła mi wypis i w zawrotnym tempie wyszła z sali. Po pełnym wglądzie w opis idę do swojego lekarza:
- Panie doktorze, dlaczego nie mam recepty na żaden antybiotyk?
Lekarz całkiem zdezorientowany pyta: - A po co? Profesor powiedział, że nie trzeba
- Jak to po co...chyba Pan wie, że jestem po przeszczepie i lekarze zawsze mnie przestrzegają że nawet przy leczeniu zęba mam mieć zabezpieczenie, a tutaj z karty wynika, że nawet podczas zabiegu nic nie dostałam. Jeśli coś mi się stanie wezmie Pan za to odpowiedzialność? bo to Pan mnie wypuszcza do domu...
- Dobrze jeśli już Pani chce...a jaki antybiotyk mam dać?
- To Ja mam wiedzieć co mam brać? Pan chyba żartuje.
Widząc jednak co raz większe zdziwienie w jego oczach powiedziałam, żeby przypisał mi antybiotyk o szerokim zakresie, który zawsze dostaje i wiem, że jest bezpieczny. Wychodząc rzuciłam zdawkowe do widzenie i opuszczając drzwi szpitala modliłam się w duchu żeby nigdy więcej tu nie wrócić.
Ja nigdy nie oczekiwałam, żeby ktoś skakał nade mną, bo sama sobie zawsze dobrze radziłam, ale żyjemy już w takich czasach, że transplantacja jest nagłaśniana wszędzie...tv, radia, gazety. Lekarze tym bardziej powinni wiedzieć jakie zagrożenia dla takich osób mogą nieść za sobą różne sytuacje. Położyli mnie na salę z kaszląca staruszką, pięlęgniarce która przyszła pobrać mi krew musiałam delikatnie zwrócić uwagę dlaczego nie ma rękawiczek chcąc pobrać mi krew. Czy jestem złośliwa? Nie. Ja po prostu dbam o swoje bezpieczeństwo. Dostałam lepsze życie i szanuje je na tyle, że nie pozwolę aby ktoś przez swoją głupotę mi je odebrał. Zero przygotowania, zero współpracy. Koszmar w efekcie którego od rana walczę z lekkim stanem podgorączkowym i nie najlepszym samopoczuciem.
12 maja o godz 12:00 pod sejmem w Warszawie protest osób PRZED/ PO TRANSPLANTACJI w celu zniesienia braku refundacji na leki utrzymujące nas przy życiu. Miejmy nadzieję, że się uda i szanowny pan Radziwiłł nie będzie sobie robił z nas królików doświadczalnych. Zamienniki niech sobie- delikatnie mówiąc w pupę wsadzi! Uzdrowiciel się znalazł...
środa, 26 kwietnia 2017
26.04.2017r
Nikt nigdy nie powiedział że nasze życie będzie łatwe. Ciągle spotykamy się z przeciwnościami losu, z którymi musimy sobie radzić. Dążymy do tego aby nasze życie było takie jakie sobie wymarzyliśmy. Ciągle walczymy o lepsze jutro, o to aby było pięknie. Niestety nie zawsze jest tak jak chcemy. Wczoraj na stronach Ministerstwa Zdrowia pojawiła się lista leków refundowanych. I tak jak się spodziewaliśmy, zostały zabrane w większości refundacje- mniejsze i większe na leki dla osób po transplantacji narządów. Zadaję sobie pytanie ile warte jest w takim razie dla ludzi rządzących naszym krajem życie. Nasze życie w które lekarze wkładają potężny wkład na jego ratowanie. Życie tak naprawdę darowane. Nie potrafię tego zrozumieć i przykro mi że muszę mieszkać w państwie i walczyć o przetrwanie. Bo tak właśnie jest. Zostaliśmy postawieni pod ścianą i ogromnym wyborem- żyć albo nie. Leki od 1 maja wzrosną cenowo kosmicznie, niektóre nawet będą kosztowały ponad tysiąc złotych. Każdy jak mógł zaopatrzył się w większą ilość leków, ale jeśli nic się nie zmieni w przeciągu 3 miesięcy to kolejne trzeba będzie kupić bez refundacji. Jak wtedy żyć? Za co...
Dziś miałam kolejną komisje orzekającą o niepełnosprawności. Na wstępie już powiedziałam o co chodzi:
- Pani doktor, chciałabym prosić o zmianę stopnia orzeczenia na umiarkowany.
Nie czuję się na tyle poważnie chora, aby mieć znaczny stopień. Trochę będzie mi kolidował z moimi planami na przyszłość. Chciałabym natomiast jeśli mogę dostać go na dłuższy okres.
- Jest Pani pierwszą osobą która przychodzi z takim nastawieniem.
- Bo Ja chcę zacząć żyć normalnie...doświadczać wszystkiego co wcześniej nie było mi dane, z czasem może pójść do pracy jako osoba w dość pełni sprawna i co najważniejsze zacząć studia, na które wcześniej nie mogłam sobie pozwolić ze względu na stan zdrowia.
I dostałam co chciałam. Robię więc kolejny krok naprzód. Następne marzenie do zrealizowania znalazło się w moim zasięgu. Biorę więc nogi za pas i ruszam niebawem na pedagogikę. Mój dzień nabrał innych barw. Jak to dużo czasami do szczęścia dla człowieka nie trzeba... Czerwiec zbliża się wielkimi krokami. I nasz rodzinny wyjazd na śląsk również. Ale najpierw czeka mnie jeszcze jeden szpitalny wyjazd. Tym razem Białystok. Za tydzień muszę zrobić porządek ze swoimi kobiecymi sprawami przez które popadam w coraz większą anemię. Te parę dni w miesiącu stają się moim koszmarem. Duży spadek hemoglobiny doprowadza mój organizm do totalnego osłabienia, takiej mojej jak to mówię klęski żywiołowej. Kolejny szpital i zabieg przyprawiają mnie prawie o wstrząsy anafilaktyczne. Próbuję sobie tłumaczyć że to mi pomoże, ale strach wraca do mnie jak bumerang. Naćpię się chyba przed wyjazdem to może dam rade. No i nadal marznę. Taki zmarzluch się z mojej osoby zrobił, że to już ludzkie pojęcie przechodzi. Pomarudziłam sobie trochę i czas się ogarnąć.
Na koniec wspomnę tylko jeszcze o poprzednim moim wpisie. A mianowicie o marcowych odwiedzinach na cmentarzu. Od jakiegoś czasu nie mogłam w nocy spać. Budziłam się po parę razy bo śniły mi się wypadki...gdzieś jechałam, rozbijałam się, albo ogladałam zderzenia innych ludzi. Stresowałam się bardzo do tego stopnia, że kiedy wyjeżdzaliśmy poza miasto bałam się usiąść za kierownicą. Wiedziałam jak zginął ten chłopak i zastanawiam się, czy ma to z tym jakiś związek. Tamten wyjazd bardzo dużo dał do zrozumienia. Rozmowa z pewną osobą dała wyciszenia którego potrzebowałam, natomiast fakt że tam się pojawiłam uspokoił od środka. Koszmary zniknęły a Ja przesypiam całe noce. Przypadek? nie wiem... I chyba do końca nie znajdę odpowiedzi co się dookoła mej osoby ciągle dzieje i sytuacji związanej z moim dawcą i całym przeszczepem. Transplantacja jest darem, ale swoje życie mogę śmiało porównać do cudu. Z każdej nawet najbardziej zakichanej sytuacji znajduje wyjście, w przedziwnych okolicznościach pojawiają się osoby które wyciągają pomocną dłoń, a wokół zawsze są tacy na których wiem, że zawsze mogę liczyć.
Dziękuje Wam za to że jesteście...
niedziela, 2 kwietnia 2017
02.04.2017r
Transplantacja jest zabiegiem chirurgicznym przeszczepiania komórek i tkanek (takich jak skóra rogówki oka, kości, naczynia krwionośne, jelita) oraz narządów (nerki, serce, wątroba, płuca, trzustka) z organizmu dawcy do organizmu biorcy. Narządy do przeszczepu pobiera się od osoby, u której stwierdzono śmierć pnia mózgu, odpowiedzialnego za oddychanie, prace serca, krążenie. Śmierć mózgowa potwierdzona jest komisyjnie, przez trzech lekarzy: anestezjologa, chirurga lub neurochirurga oraz lekarza medycyny sądowej. Przeszczepienie narządu pozwala na powrót do normalnego życia człowiekowi, który nie miał już żadnych szans. Tak właśnie było ze Mną...
Dlatego też 21 marca 2017r. udzieliłam wywiadu w celu propagowania transplantacji.
piątek, 31 marca 2017
31.03.2017r
28 marca pojechałam w stronę Zabrza na roczny przegląd serducha. Emocje Mną targały od samego rana, gdyż pierwszym miejsce na które chciałam zajechać był cmentarz. Miejsce, gdzie spoczywał mój dawca. Dawca mojego serca. Tak jak pisałam wcześniej, w sposób dla Mnie nadal niezrozumiały znalazłam wszystkie informacje związane z pózniejszym przebiegiem mojej transplantacji. Wtedy też postanowiłam, że przy pierwszej podróży w tamtą stronę pojadę na grób. Dla Mnie to był znak, że muszę tam być. Kto mnie zna wie jak wielką siłę mam w dążeniu do swoich postanowień i celów. Na miejsce zajechaliśmy koło południa. Poczekaliśmy chwilę na osobę, która miała mnie tam zaprowadzić. Czy się bałam? Na pewno lekkiego stracha miałam...tym bardziej że to nie było zwykłe wyjście na spacer a spotkanie oko w oko z członkiem rodziny, którego nie znałam. Czułam jednak silną potrzebę aby tam być. Byłam w pełni wyluzowana, aczkolwiek kiedy stanęłam nad grobem emocje puściły całkowicie...serce myślałam, że Mi wyskoczy z klatki piersiowej tak zaczęło w pewnym momencie wariować. Ja sama mało nie straciłam równowagi a łzy leciały Mi jak groch. Nie potrafiłam tego opanować. Zapaliłam znicz, położyłam kwiaty i odeszłam. Wiem, że nic nie zwróci życia temu młodemu człowiekowi, jednak wiem też że gdzieś tam spoglądając z góry ucieszył się że przyszłam...A Ja? Przed odejściem złożyłam obietnicę, że zrobię wszystko aby serce które Mi podarował żyło we Mnie najpiękniej jak może.
Po południu pojechałam do szpitala. Przy okazji spotkałam się z kilkoma osobami, które leżały w szpitalu po transplantacji. W miedzy czasie musiałam mieć przetoczona krew bo wyniki pokazały duża anemię. Napoiłam się dwoma jednostkami i czekałam na jutrzejszą biopsję. Z rana zaczął się hardkor. Najpierw pielęgniarki męczyły się z pobraniem krwi. Dwie ręce po łokcie miałam pokłute tak to moje żyły nie chcą współpracować. Biedne już podchodzić do mnie nie chciały, no ale krew pobrać trzeba było. Jakimś cudem się udało i wszyscy odetchnęli z ulga. Ja chyba najbardziej. W południe pojechałam na biopsje. Tuż po przekroczeniu drzwi na hemodynamikę byłam pewnie koloru ściany, bo pielęgniarka spytała Mnie czy dobrze się czuję. W jakiś sposób chciała mnie uspokoić i rozluzować, ale Ja swój wewnętrzny niepokój nadal miałam w sobie. Przyszedł lekarz:
-Pani Asiu skąd ostatnio Pani miał robione badanie?
-Noga Panie doktorze. Aczkolwiek udało się też jakiś czas temu z szyi.
-To spróbujemy najpierw tak, dobrze? Jest mniej inwazyjne wejście.
No to się wkopałam...pierwsze co przyszło mi na myśl. I po co się w ogóle odzywałam...załatwiłam się na amen. Ale słowo się rzekło. Zaczęło się. Pierwsze wejście tragedia. Nie udało się. Następna próba też skończyła się fatalnie. Łzy leciały Mi już ciurkiem. Z jednej strony pielęgniarka ocierająca potok łez, z drugiej kolejna zakładająca tlen bo zaczęłam się dusić. A nade mną trzech lekarzy bo potrzebne były posiłki, żeby tym razem wejść przez żyłę udową. I niech Mi ktoś powie, że biopsja należy do lajtowych badań to zabije wzrokiem- takie myśli mi wtedy krążyły po głowie. Udało się. Po pobraniu wycinków i założeniu opatrunku wróciłam na oddział. Jeszcze po drodze i zagnieżdżeniu się na sali ryczałam jak bóbr takie emocje i strach we mnie siedział. Nie wspominając że trzęsłam się na tym ich stole jak osika i to zapewne też miało swój udział w tym badaniu. Poprosiłam już o leki na uspokojenie bo nie mogłam sobie sama z tym poradzić. Każda biopsja przyprawia mnie o zawrót głowy. Jeden lekarz pozostawił po sobie ślad i teraz na samą myśl o kolejnej przeżywam istną katorgę. Koszmar jednym słowem. Cieszę się, oczywiście że się cieszę że żyje i funkcjonuje jak każdy zdrowy człowiek, ale emocje są w nas i nikt poza nami samymi nie jest w stanie tego zmienić. Jedyną pocieszającą rzeczą w tym dniu była obecność pielęgniarek które starały się jak mogły aby ulżyć mi na oddziale. One wiedzą że Ja je wprost uwielbiam za to co robią i dziękuję im za ich pracę którą wykonują. A Ja swoim dziękowaniem emanuje tak samo jak One swoją dobrocią dla pacjenta. Na drugi dzień wyszłam do domu. Wynik uzdrowił mnie całkowicie i prawie w locie zgarniając po drodze swoje torby wyszłam ze szpitala. Kolejna- tym razem koronarografia czeka mnie za 3 miesiące. Ufff odpocznę sobie...
Nie umiera ten kto podarował życie innym. Dziękuje - takie gest zostawiłam na grobie. Taki prezent ode Mnie...
niedziela, 19 marca 2017
ROK po przeszczepie serca
Równo rok temu 19 marca 2016r zabiło w mojej piersi drugie, lepsze, zdrowsze serce, które podarował Mi młody człowiek zza życia świadomie podejmując decyzję o oddaniu swoich organów po śmierci. Daje Mi ono teraz siłę, której wcześniej nie miałam. Daje też szczęście i miłość. Każdy kolejny dzień jest najpiękniejszy spośród tych wszystkich, które są jeszcze przede Mną.
Tak szybko to zleciało...Bywało różnie- nie powiem że zawsze kolorowo. Żyję i cieszę się z każdego dnia najlepiej jak potrafię. Miałam też chwile lekkiego załamania, jednak szybko na szczęście się podnosiłam. Przez całą swą wędrówkę los postawił na mojej drodze wspaniałych ludzi na których wiem, że zawsze mogę liczyć. Doceniam to bardzo bo wiem ile swojego czasu i cierpliwości poświęcali mi każdego dnia. Ten rok był ciężki. Ciągłe huśtawki nastrojów po lekach wyprowadzały i mnie i innych z lekkiej równowagi...tak łagodnie mówiąc. Biopsje- długie i bolesne przez potworne zrosty, które się zrobiły na szyi i ciągłe kombinowanie gdzie i jak teraz. Każda moja kolejna wizyta związana z badaniem przyprawia mnie o ciągły strach. W takich momentach zazdroszczę innym, którzy opowiadają jak to lajtowo przechodzą biopsje serca. Ale idę. Bo muszę. Bo zaciskam zęby. Bo czekam na każdy pozytywny wynik. To mi daje siłę na kolejne starcie.
Pamiętam siebie przed przeszczepem. Zbuntowana, nie dopuszczająca do siebie myśli, że to już ten czas. Że stan zdrowia jest zły. Że ciągle się pogarsza i nie ma perspektyw na poprawę. Pózniejsza świadomość tego, że jestem skazana po operacji na pomoc innych doprowadzała Mnie do gorączkowej flustracji. Ale żyję. Chodzę, czasami biegam i to dzięki wspaniałym ludziom którzy min opiekowali się mną podczas mojej rekonwalescencji w szpitalu. I tu mam na myśli wspaniałe pielęgniarki pracujące na tym oddziale. Często nie doceniamy ich pracy, bo lekarz, bo profesor ważniejszy. A tak naprawdę to one zanim sami nie ruszymy z miejsca pielęgnują nas od samego początku robiąc wszystko co możliwe, bo dla nas czasami wyczynem jest podnieść się z łóżka. Ich każde dobre słowo, zwykły uśmiech i empatia jaką obdarzają pacjenta potrafią góry przenosić i pobudzić do działania. I za to im właśnie dziękuję i dziękować będę zawsze. Ciężka praca, którą wykonują powinna być przez nas pacjentów doceniana i ważna tak samo jak my jesteśmy ważni dla nich. Nie zapominajmy o tym nigdy...dziękuję nie kosztuje nic.
W dzisiejszy dzień tak jak sobie postanowiłam pojadę na cmentarz. Pod krzyżem postawionym w różnych intencjach podziękuję za dar który otrzymałam od swojego dawcy. Najpiękniejszy prezent od życia już dostałam...nic więcej nie potrzebuje...
,,Największą wartością w życiu nie jest to
co uda Ci się zrobić
Największą wartością w życiu jest to
kim się stajesz''
Subskrybuj:
Posty (Atom)


