niedziela, 16 maja 2021

Pomimo, wbrew i na przekór 😁


Cześć i czołem 😃 

           Piękna niedziela była i się pogada zmyła... Nie wiem jak wam, ale mi jak słońce nie grzeje na niebie to opadam z sił. Dosłownie. To taki mój napędzacz energetyczny który mnie ładuje. Powaga! 

           Ostatnie dni, tygodnie pokazały czego w moim życiu brakowało mi najbardziej. Wystarczyło, aby słońce trochę przygrzało, pogoda nabrała innych barw i mój organizm nabrał mocy. Uwielbiam wiosnę, kocham świat który budzi się do życia, kolory natury i fakt, że wsiadam w auto i ruszam gdzie mnie oczy poniosą. Lubię ludzi, ale czasami pewnie jak każdy z nas potrzebuje też samotności. 

           Zaczęłam zwracać jak zapewne zauważyliście po moich wpisach - większą uwagę na swoją kondycję fizyczną, która aż wstyd głośno mówić zapuściła się strasznie. Ale jak powiedziałam A to musiałam zrobić krok do B, który zaprowadził mnie do mobilizacji w ćwiczeniach. Nie należę do osób, które marudzą, ale na boga żebyście wiedzieli przez co Ja przechodziłam przez pierwszy tydzień czasu 😳🙈🤣  Zapisałam się na lipcowy RESOSuwałki Bieg na 5 km i jak zaczęłam wdrażać w życie lekkie treningi i ćwiczenia to myślałam, że umrę w butach! Moje ciało walczyło z mega zakwasami, a Ja chwilami już zastanawiałam się na cholerę mi to wszystko. W takich momentach jak grom z jasnego nieba pojawiają się obok mnie osoby, które wyczuwają na kilometr zmianę mojego nastawienia i porządnie mną wstrząsają. Żadne "będzie dobrze" tudzież "dasz radę" nie zdają wtedy najmniejszego rezultatu jak nie usłyszę "przestań chrzanić głupoty i weź się w garść". Podejrzewam, że pewnie niejedna z Was  odeszłaby z wielkim fochem - Ja traktuje to jak napędzacz i wstaje na nogi! Życie ukształtowało mnie już na tyle, że nie potrzebuję dopieszczania, a właściwego pokierowania. Cenie to w ludziach bardzo, tak samo jak fakt szczerości jeśli coś robię źle.

          Ale wracając do tych moich ćwiczeń... Wczoraj mój organizm definitywnie powiedział STOP. Więc chcąc nie chcąc odpoczywam. Chwilę ❤ Odgrzebuję materiały uczelniane, bo jak zdałam sobie sprawę ile prac zaliczeniowych muszę napisać z podyplomówki do końca czerwca to za głowę się złapałam. A i struktura na pracę magisterską się dopomina... Istne życie na krawędzi 😈🤭 

Ale wy wiecie, że to jest coś co kocham w życiu najbardziej na świecie! 




poniedziałek, 3 maja 2021

Gdzie kwitnie kwiat - musi być wiosna. A gdzie jest wiosna, wszystko rozkwita.

 

I znowu się zapuściłam tutaj...


           ale to tylko dlatego, że brak mi czasu 😄 Czyli czas, który wprost uwielbiam w swoim życiu! To naturalne zmęczenie, ten wszędobylski stan gdzie robisz kilka rzeczy na raz (który podobno tylko kobiety są w stanie ogarnąć) Czuję, że żyję! Tak na maxa. Całą sobą.

           A to wszystko za sprawą wiosny. Czekałam na nią już od dawna, bo wiedziałam, że pobudzi mnie do życia. To właśnie ją sobie wymarzyłam na swoją transplantację serca, która rzecz jasna się udała w marcu. I jak ruszyłam z kopyta to nie ma mocnych, żeby coś mnie zatrzymało. 

           Na początku do mojej głowy zawitał pomysł zrobienia kursu na instruktora Nordic Walking. Biłam się z myślami za i przeciw i tu z pomocą nadeszła moja motywacja, która popchała mnie do przodu. Ponad 8 godzinne szkolenie zrobione, certyfikat uzyskany i pomijając fakt, że na drugi dzień ledwo z łóżka wstałam takie zakwasy miałam, to radość z kolejnego kroku niezastąpiona. 

           Wtedy jednak coś też we mnie pękło. Kiedy dotarło do mnie, że moja sprawność fizyczna jest w tak fatalnym stanie, że zaczęłam dosłownie kuleć z wysiłku po raz kolejny zawzięłam się w sobie. Gdzieś z oddali dochodziły mnie słuchy, że to jednemu już żyły pozapychało, to ktoś inny stenta ma wstawionego zaczęłam obsesyjnie myśleć o swoich serduchu. We wrześniu kolejna koronarografia i jak pomyślę o tym, że w badaniu mogłoby wyjść coś złego, to dostaje wstrząsu na samą myśl. I znowu ta niepewność co zrobić, jak sobie z tym poradzić jakby gdyby coś... Tak więc wstając któregoś pięknego dnia stwierdziłam, że no w dupę! przecież nie mogę tak się zapuścić do licha. I uwierzcie mi, że jak Ja już się uprę to klękajcie narody ale nic i nikt nie jest w stanie tego zmienić 😊

          Zaczęłam więc chodzić z kijkami, robić pomału trasy leśne po 2-3 km, pomału truchtam bo zapisałam się na letni suwalski bieg 5 km (przy czym moi znajomi łapali się za głowę wiedząc jak nigdy nie lubiłam biegać) rozkładam sobie mate w domu zakładając strój sportowy i ćwiczę! I chyba nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak teraz. W między czasie ogarniam pomału swoją pracę magisterską i pracę dyplomową, bo podyplomówka również się gdzieś pojawiła na horyzoncie. A gdzieś w rękawie mam też kolejne fantastyczne rzeczy do zrobienia i tylko czekam na zielone światło, bo wiem jak bardzo potrzebuje tej pozytywnej adrenaliny do funkcjonowania.  

Tak więc sami widzicie...
Żyję, mam się naprawdę super i jestem szczęśliwa. Nie mam czasu na sprawy, które zabierają mi niepotrzebną energie, nauczyłam się omijać ludzi którzy nic nie wnoszą do mojego życia. Dbam o tych, których kocham i cenie.  Nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba. 
Bo resztę mam głęboko w .... 😃






piątek, 19 marca 2021

5 Lat

 

Kiedyś ktoś mi powiedział... 

            Ten co przeszczepia ma łatwiejsze zadanie, 
niż ten który Cię później musi utrzymać przez lata przy życiu...


          Pamiętam ten najważniejszy telefon, tą falę emocji i ten spokój kiedy wsiadałam do karetki pogotowia. Wokół mnie istne szaleństwo- z każdej strony telefony, smsy, facebook zaczął się zacinać a telefon przegrzewać. A Ja jak ta ostoja spokoju na pełnym luzie, siedziałam w karetce jadącej w stronę Zabrza i pisałam na blogu... Zero stresu, uśmiech na twarzy, bo przecież już w głowie miałam plan. Już wiedziałam, że kiedy tylko otworzę oczy zacznie się moja walka o jak najszybsze wyjście do domu!

          Pamiętam  jak po transplantacji, w wielkim stresie i bólach które mi towarzyszyły, przeklinając wszystko dookoła, uczyłam się na nowo oddychać. Stawiałam po 2 dniach-  uczepionana z każdej strony drenanami pierwsze kroki bo uparłam się, że chcę iść do normalnego WC,  będąc na skraju wytrzymałości podłączona do cewnika. Cieszyłam się jak dziecko kiedy po raz pierwszy bez pomocy pielęgniarek mogłam sama pójść się umyć do łazienki. Początki nie były łatwe. W ciągu pięciu lat 16 biopsji serca, koronarografie, transfuzje i wieczne pobierania krwi. I do tego tylko znieczulenia miejscowe. Chwilami myślałam, że będę już po ścianach chodzić. Ale marzyłam, aby dożyć chociaż pierwszych poprzeszczepowych urodzin. Potem pragnęłam drugich, aż w końcu przestałam liczyć...

Dziś mija piękne 5 lat. 

          Pięć lat, których bez świadomej (zza życia) zgody mojego dawcy, jego rodziny, wiedzy i umiejętności Lekarzy, bez wspaniałych Pielęgniarek, Rehabilitantów, wsparcia wszystkich dookoła- by się nie udało. To właśnie bez Was nie miałabym szans przeżywać teraz swojej najlepszej przygody zwanej ŻYCIEM. 

         Nie mogłabym kochać, czytać, pisać, słuchać muzyki...po prostu być. Bo wymieniać mogłabym bez końca. Choroba była uciążliwa i zabrała mi najlepsze lata mojego życia.

No ale...
          
         Odrodziłam się jak ten feniks i Panie Boże uchowaj- robię chyba wszystko co możliwe.

         W ciągu tych pięciu wspaniałych lat zrobiłam licencjat z Pedagogiki- i zaczęłam magistra, na równi ze studiami podyplomowymi. Pewnie będzie ciężko, ale lubię wyzwania. W między czasie jakieś kursy, szkolenia i wolontariaty. Kiedyś to było nie do przeskoczenia... 

         Wydałam książkę- która pomaga innym przejść przez te traumatyczne wydarzenie i daje nadzieję na to, że PRZECIEŻ będzie dobrze! Odwiedziłam chyba wszystkie telewizje, aby opowiadać o tym jak ważną rzeczą jest transplantacja i fakt powiadomienia swoich bliskich o chęci oddania kiedyś swoich organów. Doceniam fakt, że jestem wsparciem dla wielu osób- czekających, będących po, a nawet rodzin które straciły swoich bliskich. Jakiś sport też udaje mi się uprawiać, aczkolwiek tu lenistwo bierze górę 😆 Czekam na wiosnę- może ona mnie zmobilizuje. Rozważę też fakt motywacji i wsparcia- w towarzystwie raźniej. 

Otaczam się cudownymi ludźmi naokoło, bo oni wiedzą, że jeśli są dla Mnie- Ja jestem dla nich całym sercem. 

Nie sposób powiedzieć Wam jak bardzo cenne jest dla Mnie to co mam. 

         Swoje życie traktuje jako CUD ponownych narodzin, które zmieniło się o 180 stopni. I nawet jakbym miała na dzień dzisiejszy opuścić ten świat to zrobię to z pełnym uśmiechem na ustach i w 50% spełniona.... Ale że nigdzie się nie wybieram i muszę dopełnić te % do 100, mam jeszcze mnóstwo planów i celów do zrealizowania to jeszcze trochę wam tu popiszę, a do tych których widuję osobiście wproszę się czasami na jakieś pyszne ciacho- tudzież "zdrowotne" wino 😃 

Na koniec tylko powiem. 

Doceniajcie to co macie. 
Cieszcie się z każdej drobnostki, która staje na waszej drodze. 
Nie marnujcie czasu na rzeczy które nie potrafią wywołać uśmiechu na waszej twarzy. 
I najważniejsze... DBAJCIE O SIEBIE ❤ 

Moi bliscy, czy osoby na których mi zależy czują jak depcze im po piętach, kiedy widzę jak biegają chorzy zamiast siedzieć w domu. Ale to dla Waszego dobra 😊 Taki kat z boku zawsze się przyda. 

Życie i zdrowie jest najcenniejszym darem jaki posiadacie. Wszystko inne jest do zdobycia. 

Ps. A tak na marginesie... Lubię kwiaty 😜😆








czwartek, 25 lutego 2021

Zawsze wstawaj swoją pozytywna nogą

         

          Zaczęło się całkiem niewinnie. Wstałam skoro świt, noc prawie nieprzespana, ale przygotowana czekam. Przyszedł elektrofizjolog na rozmowę z opakowaniem dwóch tabletek. Pytam co to za tabsy, a on na to że Hydroksyzyna na uspokojenie (niby dawka max) Zaśmiałam się tylko i mówię, żeby mi dał coś porządnego bo to dla mnie prawie jak Witamina C i na bank mi nie pomoże. No ale ok- na początek wezmę- pokaże im, że nie tak łatwo mnie uziemić. 

          Szybkie mycie, przebranie w niebieski kaftan i podróż wózkiem na hemodynamikę. Zajeżdżam pod salę i już czuje przypływ gorącego powietrza. Usiadłam w tzw poczekalni na krzesełku i czekam. Już czuje że łzy mi się zbierają pod powiekami. Pękam. Potok łez się wylewa,nic powiedzieć nie mogę. Wyglądałam pewnie jak siedem nieszczęść, bo lekarzy naokoło nazbierało się niemało- wszyscy z pytaniem jak się czuję. Podchodzi już prawie zaprzyjaźniony elektro Pan i pyta- i jak? Kręcę głową, że beznadziejnie. - Dobra, dajemy coś mocniejszego. Łykam kolejne dwie tabletki. Idziemy na stół. Światła, pełno świateł prawe jak na sali operacyjnej, tu narzędzia, tam kolejne. Kładę się na stół. Podłączenie wenflona do jednej ręki i do drugiej. Tlen do nosa. W żyłę lek na uspokojenie. Zaczyna się przygotowanie, a u mnie akcja - tętno wysokie, ciśnienie skacze, zaczynam się trząść jakbym jakiejś derylki dostała, czuje zwroty z żołądka. Wbiega elektro Pan i patrzy na mnie -a jednak? Dobra dawać najmocniejszy lek niech pacjentka poczuje się lepiej. Czuje, że kręci mi się w głowie, odlot jakiś. Ale dalej czuwam... W ciągu dwóch badań trwających 3 godziny wlali we mnie spora ilość uspokajacza, a mój organizm mimo wszystko walczył. I widziałam i czułam wszystko co się naokoło mnie działo. 

          Po powrocie na oddział wszystko odpuściło. Cały stres. Moje ciało opadło z sił i przespałam cały dzień. Dopiero wtedy. Pod wieczór przyszedł lekarz. Zabieg się udał, ale był dość ciężki w przebiegu. Nie udało się podłączyć dwóch elektrod,tylko jedną. Kombinowania i manewrowania elektrodami w środku ciała nie było końca. Całe szczęście że leki znieczulające działały bo chyba bym nie wytrzymała. Lekarz pyta -Pani to z natury taka zawzięta i nieugieta? Pytam, skąd takie pytanie? Lekarz łapie się za głowę i mówi -Bo przy takiej dawce leków uspokajających, które w Panią wlaliśmy nie jednego konia by powaliło. A Pani zamiast spać to ciągle była z nami. Taka drobna i delikatna a w środku jak lwica. No cóż 🙂 Mówiłam, że tak będzie. Ja znam swój organizm, wiem jak się zachowuje w niepewnych dla mnie sytuacjach. Lekarze się tylko w tym fakcie upewnili. 

         No ale... Zabieg wykonany, dochodzę pomału do siebie. Nie powiem, że to należy do lekkich zadań, bo ból obojczyka i prawej ręki daje o sobie ciągle znać. Ale wczoraj się wyspałam, dziś od rana na wybiegu. Włos wymyty (jako tako, ale się udało) kilometry po korytarzy zrobione. Rana przemywana, opatrunki zmieniane, czas do domu. No właśnie... I tu znowu niespodzianka. Bo zamiast wyjść dziś, to muszę przesiedzieć jeszcze jedną nockę. Pojęcia nie mam jak to się stało, ale w tym całym stresie, przed zabiegiem z marszu i przyzwyczajenia chyba musiałam łyknąć swoje leki immunosupresyjne. Jak pobrali mi krew to wzięli też na oznaczenie poziomu leku. A tam wynik poleciał w kosmos! Dosłownie. Telefon od profesora i słowa- no i co tu Pani nabroiła?? 🙈🙈 Tak też zostaje do jutra i czekam na kolejne badanie leku w organizmie. 

          Morał z tej historii jest taki, że jak to moja siostra dziś stwierdziła- Nie masz co inwestować w ćpanie, bo tylko stracisz kasę a i tak Cię nic nie ruszy 😃 a druga rzecz- najważniejsza... 

CO  NAS  NIE  ZABIJE,  TO  NAS  WZMOCNI ❤

Trzymajcie się ciepło! 

wtorek, 23 lutego 2021

          Wszystko w życiu ma swój czas. Tak zawsze twierdziłam. Zaskakują nas sytuację, często nieprzewidywalne, wchodzące niepostrzeżenie do naszego życia. Bierzemy wszystko na klatę. Pomimo wszystko, chcemy żyć. 

          Poniedziałek już od godziny 9:00 rano stałam pod SOR we Wrocławiu w kilkunasto metrowej kolejce ludzi w celu przeprowadzenia testu na Covid-19. Nie powiem, szło im to pobieranie wymazów całkiem szybko. Ale ten widok medyków w kombinezonach, z opuchniętymi oczami, bez uśmiechu - coś strasznego. Czułam się jak w jakimś filmie z ufoludkami. Współczuję im strasznie. 

          Na drugi dzień do szpitala na oddział. Po załatwieniu całej dokumentacji wkroczyłam do sali. Nie zdążyłam się na dobre rozgościć jak z rąk do rąk przechodziłam na badania. Spirometria, EKG, krew, holter, echo. Już przy pierwszym kontakcie z lekarzem prowadzącym poprosiłam o rozmowę z elektrofizjologiem celem rozmowy o stymulatorze i kwestii znieczulenia do zabiegu. Popołudniu, kiedy emocje już opadły dostaje wiadomość, że jutro czeka mnie jeszcze najprawdopodobniej biopsja. Takie 2w1 . Pakietowo. Tysiące myśli kłębi mi się w głowie, bo ten akurat rozdział mam już zamknięty na tysiąc spustów i nie chciałam do tego wracać. Wizyta profesora, który mówi mi o rozważeniu odrzutu jest jak strzał w policzek. Nic nie rozumiem, czuje ze odpływam i przestaje w ogóle kontaktować. Jaki odrzut... Ja tu przyjechałam tylko po stymulator. Czuje narastający bunt i siłę walki. Na sama myśl co mnie czeka żołądek podchodzi mi do gardła. I już zaczynam żałować, że w ogóle tu przyjechałam. Żadne tłumaczenie mi w tym momencie nie pomaga, żadne wyjaśnienie po co i dlaczego. Jakbym się zamknęła na wszystko. 

Szykuje mi się jutro niezły rollercoaster...  

Tyle że Ja tak łatwo się nie poddaje ☺❤

sobota, 20 lutego 2021

Nie ma nic stałego, oprócz zmiany

  

„Wszystko rozpoczyna się od myśli. 
Myśli prowadzą do uczuć, uczucia prowadzą do działań, 
działania prowadzą do rezultatów”.
~J. Beck


         Nieuniknione stało się faktem. Trzeba zbierać swoją dupcie i pakować się na oddział do Wrocławia. Poległam na całej linii. Tak walczyłam, tak się opierałam aż przyszło mi zaakceptować to co jest tu i teraz. A kto Mnie zna, ten wie jak ciężko, cholernie ciężko mi było się z tym pogodzić.

          Stymulator serca. Maszyna, której wszczepienie elektrodami do serca podnosi nie tylko nasze tętno ale pomaga mu bić. A moje tego zaczyna potrzebować. Żeby nie było, że tak lekko zaakceptowałam ten fakt to przeszukałam najpierw kilkadziesiąt artykułów, przeprowadziłam mnóstwo rozmów a mój profesor to jeszcze chwila a stwierdzi, że może nie tak fajnie mieć mnie teraz u siebie we Wrocławiu... Ale sami wiecie. Póki nie podejmę decyzji ważącej na moim zdrowiu to kombinuję jak ten koń pod górę, aby nawet spod ziemi wynaleźć jakieś sensowne rozwiązanie. Nic nie poradzę na to, że jestem w gorącej wodzie kąpana i chciałabym mieć jasne sytuacje na już. W końcu każdy z nas ma do tego prawo. Barania upartość to jednak jest czasami duży plus! Bynajmniej dla Mnie.

          Dotarło do mnie niestety, że jestem chwilami naprawdę jedzą sama dla siebie, blokując sobie prawo do odczuwania emocji. A już zwłaszcza w tak nieprzewidywalnej sytuacji, w jakiej teraz jestem, doskonale zdając sobie sprawę, że moje POZYTYWNE myślenie- które odgrywa niesamowite znaczenie w moim pięknym życiu schodzi gdzieś na drugi plan. Ciągle bowiem zapominam, że nasze samopoczucie psychiczne to coś płynnego. Że MOGĘ się poczuć źle, będąc optymistką. Że mam prawo do tego, bo pojawia się coś, co zabiera mi stabilność. Że mogę poczuć, że grunt mi się trochę osuwa pod nogami. Że dopada mnie paraliżujący strach z którym nie potrafię sobie poradzić. 

          Strach przed zabiegiem, który zawładnął moim ciałem. Bo już samo urządzenie i świadomość tego, że te serducho się z lekka psuje nie wpływa na Mnie tak drastycznie co samo wszczepienie. Już nawet poczyniłam pewne kroki względem całkowitego uśpienia mnie na ten czas, aby tylko nie być świadomą tego co się będzie działo na tej sali hemodynamiki. Czy to przejdzie, nie wiem bo teraz lekarze bardziej bazują na znieczuleniu miejscowym i kontakcie z pacjentem, co w tym przypadku nie ma dla mnie wogóle znaczenia. Należę do bardzo zdyscyplinowanych pacjentek- dopóki nie poczuję się z czymś źle. Wtedy już walczę. A robię to całą sobą i z pełną świadomością tego co może się zdarzyć. Kiedyś pamiętam, ściągali innego lekarza do mnie na biopsję- kiedy okazało się, że miał mi robić zabieg znienawidzony przeze mnie lekarz. Afera na pół szpitala, bo pacjentka nie chce się położyć na stół. Wszystko sterylne, pielęgniarki czekają a Ja siedzę na krzesełku i czekam na innego lekarza.  Niemniej jednak wracając do tego myślenia to działa to na zasadzie bumerangu. Potrzebuje paru dni na przetrawienie pewnych informacji, aby później odrodzić się jak feniks i zostawić całe negatywne myślenie za sobą. To mi pomaga. 

            Nie lubię, kiedy ludzie się ze sobą pieszczą i nie pieszczę się, kiedy chodzi o mnie. Dlaczego? Bo wiem, co chcę osiągnąć i wiem, że może droga nie zawsze jest przyjemna, ale tego warta. Daleko mi do perfekcjonistki. Akceptuję niedoskonałość. Akceptuję swoje błędy, wpadki i przypały. Dzięki temu, że codziennie praktykuję wdzięczność, zaczęłam czerpać szczęście i energię z tego, co mnie otacza, co mam tu i teraz. Ostatnio zrobiłam sobie sesje zdjęciową. Taka moja pamiątka, która ukazuje jak na przestrzeni tych 5 lat zmieniłam się Ja i mój organizm, który przez niedotlenione i schorowane serce... po prostu odżył. Nic nie równa się z tym, jakiego powera mogą dać Ci tak proste rzeczy. 




środa, 9 września 2020

Najtrudniej jest zrozumieć


''Życie jest ciągiem doświadczeń, 
z których każde czyni nas silniejszymi, 
mimo że czasem trudno nam to sobie uświadomić''

Henry Ford


Wrocław. 

           I pierwsza wizyta w Poradni transplantacji serca i mechanicznego wspomagania krążenia za nami. Nie wiem, czy już wcześniej wspominałam, że przeniosłam się za swoim profesorem z Zabrza do Wrocławia. Wahałam się przed tą decyzją, bo jednak Zabrze stało się moim drugim domem, jednak wygrał zdrowy rozsądek i poszłam za swoim lekarzem do którego mam pełne zaufanie. Dodatkowym plusem okazał się fakt, że profi wziął pod swoją opiekę Mateusza. 

Tak więc w poniedziałek wyczekiwani pozytywnych informacji przyjechaliśmy do szpitala. Zaczęło się niewinnie od pobrania krwi. Jedno wkucie nic, drugie, trzecie podobnie. Pielęgniarz pobierający krew w lekkim stresie, ja cierpliwie czekam. Nie od dziś wiadomo, że moje żyły po transplantacji zrobiły się prawie niewidoczne i kruche, także pobranie krwi czasami graniczy z cudem. Po dobrej godzinie, przechodząc z jednych rąk w drugie, po 8 wkuciach udało się pobrać krew do badań. U młodego oczywiście poszło jak po maśle. Lekko więc sponiewierana, po kolejnych badaniach sprawdzających pracę serca czekałam już na wizytę. A tam, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu prawie nie wylądowałam w pilnym czasie na oddziale. Przyczyną okazało się zbyt niskie tętno i jak to profesor określił ciężka bradykardia. Siedziałam i słuchałam jakbym dostała jakimś obuchem w głowę. -o co chodzi? jakie urządzenie?

          Zaczęły się wypytywanki jak się czuję, od kiedy mam takie problemy itp. Aż padło stwierdzenie- wszczepienie stymulatora serca. Dla mnie już dość. Stymulator nie jest na szczęście czym takim jak kardiowerter nie pobudza serca silnymi elektrowstrząsami, ale to kolejne urządzenie które chcą mi wszczepić przyćmiło mi wizję długiego, pięknego życia. Bo zostanie już ze mną na zawsze. Bo przez resztę życia będzie pomagało sercu trzymać dobry rytm serca. Nigdy bym się nie spodziewała, że coś takiego może mi się zdarzyć, a jeśli już to że tak szybko serducho będzie potrzebowało wsparcia. A moje zaczyna potrzebować. Bije za słabo, za wolno. Nie tak jak powinno. W jednej chwili moje przyszłe plany stanęły pod wielkim znakiem zapytania. No bo jak to? Dlaczego znowu nic mnie nie oszczędza? Te i inne pytania kumulowały się w mojej głowie w gabinecie. Nie chciałam tam zostać, jeszcze nie teraz...

         Doszliśmy więc wspólnie z profesorem do decyzji, że za miesiąc będzie teleporada podczas której zapadnie co dalej. Łzy cisnęły mi się pod powiekami, bo mimo tego, że wiem i orientuje się, że nie jestem pierwszą osobą i ostatnią po transplantacji której potrzebny jest stymulator, to rozrywa mnie gdzieś od środka. Nie tego chciałam, nie na to się godziłam podpisując papiery na przeszczep. Rodzi się we mnie bunt i nie możliwość pogodzenia się z tym co się dzieje. Strach przejmuje kontrolę i zaczyna się walka z samym sobą. Straszne to jest, tym bardziej, że nie potrafię tego na swój sposób zrozumieć. Ktoś z boku powiedział by - ciesz się, żyjesz. Oczywiście, że to jest dla mnie priorytet, który bardzo cenie. Jednak przychodzą takie dni, w których chętnie wykrzyczałabym - zanim będziesz chciał dać mi swoją cenną radę, włóż moje buty, przejdź ścieżki życia, które ja przeszłam. Przeżyj moje bóle, smutki i cierpienia. Wytrwaj tyle ile ja wytrwałam, upadnij tam, gdzie ja upadłam i podnieś się tak samo jak ja się podniosłam. Kiedy już naprawdę poznasz moją historię, będziesz miał prawo, żeby oceniać mnie i moje życie. Dlatego też lubię pisać tutaj. Wylewać te wszystkie niezadowolenia i flustracje w miejscu gdzie tak naprawdę nikt mnie nie skrytykuje i nie rzuci na odchodne - będzie dobrze! bo to chyba najgorsze co się chce usłyszeć w takich sytuacjach. 

          U młodego wyniki dobre. Perspektywa transplantacji w jego sytuacji jest jeszcze daleko przed nami i póki co ma dbać o swoje zdrowie najlepiej jak potrafi. Kolejna wizyta za pół roku razem z mamunią oczywiście. 

          Korzystając z okazji, że pierwszy raz byliśmy we Wrocławiu, postanowiliśmy zwiedzić trochę miasto. Zauroczyło nas wszystkich. Piękne, klimatyczne i mające swój urok miejsce pokazało nam choć przez chwilę, że trzeba czerpać z życia nawet najdrobniejsze przyjemności. Bo to one pokazują nam tak naprawdę co jest najważniejsze. Stawiając na naszej drodze przeróżne sytuacje z którymi musimy sobie poradzić uświadamia nas, że nie warto przejmować się głupotami, a patrzeć na to co mamy tu i teraz. I cieszyć się. 

A  jeśli na czymś bardzo nam zależy, zrobić to po swojemu. 
Nabrać odwagi. Zacisnąć zęby i iść dalej do przodu.

Bo warto! Mimo wszystko...