środa, 18 stycznia 2017

18.01.2017r


          Dziś mam refleksyjny dzień. Właściwie już od paru dni nie mogę sobie miejsca znalezć. Nie dlatego, że zle się czuję, bo moje samopoczucie jest rewelacyjne. Ale dlatego, że dowiedziałam się kim był mój dawca... Informacja, która jest wyjątkowo poufną wiadomością zarówno dla rodziny dawcy jak i biorcy dotarła wprost w moje ręce. Od samego początku trochę szukałam, ale właściwie chciałam tylko poznać płeć, bo wiek już wiedziałam podczas pobytu w szpitalu. Wyszło inaczej. Jakimś niezrozumiałym dla Mnie faktem sama dowiedziałam się wszystkiego. Nawet nie potrafię tego w racjonalny sposób wytłumaczyć. W ciągu paru dni informacje same zaczęły do Mnie spływać...jak magnez, poprzez strony internetowe. Dziś myślę, że ten z góry miał w tym swój cel, bo przecież ludzie szukają latami i to bez rezultatu. Cały czas myślę o tym młodym człowieku, który stracił życie dzieląc się jakąś cząstką ze Mną. Przykro Mi bardzo, bo wiem, że był właściwie jeszcze nastolatkiem mającym plany i marzenia...ale też że był dobrym człowiekiem. Jestem pod wielkim wrażeniem, że decyzja o oddaniu jego organów po śmierci była jego świadomą prośbą, którą uszanowali jego bliscy. Dlatego też wiem, że zrobię wszystko, aby nie zmarnować tego daru który Mi podarował. 

Czy czuję się z tym lepiej, że wiem? Na pewno jestem spokojniejsza. Na zbliżający się rok chciałam napisać list. Taki krótki z podziękowaniem. Teraz będę miała możliwość pojechania na grób. To będzie moja najpiękniejsza wdzięczność, którą jestem w stanie zrobić. Dla siebie. I dla Niego...

          Za parę dni wyjeżdżamy w moje ukochane góry. Zregenerować siły i odpocząć. Potrzebuję tej odmienności i nabrania kolejnej dawki energii, tym bardziej, że wcześniej nie było takiej możliwości. Tamten rok był bardzo ciężki zarówno dla Mnie jak i dla moich bliskich. Przeszczep, ciągłe bardzo odległe wyjazdy, badania jak nie moje to Mateusza. Ciągły stres i nerwówka co będzie dalej. Chwilami już chodziłam jak cień człowieka, bo nie mogłam zrozumieć dlaczego ciągle te kłody pod nogami. Wtedy dostawałam kopa od bliskich i stawałam na nogi. Narzekanie nie należy do mojego stanu ducha. Sama wtedy jestem zła na siebie. Otworzyłam nowy rok i nowe cele do zrealizowania. Powróciły marzenia o które usilnie chcę zacząć walczyć i spełniać. Nie zamierzam siedzieć w miejscu, bo nawet jak Mi się nie uda nie chcę żałować, że czegoś nie zrobiłam lub nie spróbowałam. Taki sobie obrałam kierunek w życiu i trzymam się tego planu jak przystało na prawdziwą upartą baranicę !





piątek, 9 grudnia 2016

9.12.2016r


          Minęło już prawie 9 miesięcy. Pięknych i moich osobistych. Przepełnionych niezbitą radością. Każdego dnia wstaję z magiczną siłą i chęcią do działania. Zawsze wszędzie było Mnie pełno, a teraz to się nasiliło. Dlaczego? Bo mam w sobie niewykorzystane pokłady energii, która rozpiera Mnie aby coś robić. Gdzieś iść, czuć się potrzebna. Czas tych paru miesięcy od przeszczepu bardzo dużo zmienił w moim życiu. Poznałam wspaniałych ludzi, zacieśniłam wcześniejsze znajomości, przyjaznie, ale też oddaliłam się od osób i sytuacji które negatywnie na Mnie działały. Zaczynam żyć pełnią życia i zamierzam wykorzystać każdy dzień do granic możliwości. Postawiłam wysoko swoją poprzeczkę i mam zamiar nowy 2017 rok rozpocząć od mocnych postanowień w kierunku rozwijania swoich celów i marzeń. Przeczekam jeszcze 3 miesiące do pełnego roku po przeszczepie, a pózniej ruszę z marszu pełną parą. Już nie mogę się wręcz doczekać!

          Wczoraj wróciłam z kolejnej- 9 już biopsji. Przyznam, że jechałam na nią z duszą na ramieniu, bo fatalnie się czułam od paru dni. Zwalałam oczywiście wszystko na pogodę i inne aspekty z nią związane, oddalając od siebie jak najdalej perspektywę ewentualnego odrzutu. Ale przyspieszony przegląd musiał być. Kiedy w wyniku wyszła piękna zeróweczka utwierdziło mnie to bardziej w przekonaniu, że moje pozytywne myślenie przegoniło złe fluidy. Dodatkowe leki na nadciśnienie dostałam, zalecenie aby walczyć z paskudną anemią która się przyplątała i z kartami informacyjnymi wręcz wyfrunęłam ze szpitala.  
Dziś odpoczywam. Po długiej drodze powrotnej do domu zrobiłam sobie dzień lenia. Nie za długi, bo było mnóstwo rzeczy do zrobienia, ale odpocząć chwilkę też trzeba. 

          Jakiś czas temu ktoś zapytał Mnie dlaczego jeżdzę do szpitala tak daleko. Czy nie lepiej znalezć ośrodek gdzieś bliżej. Moja odpowiedz brzmi- absolutnie nie. Nic nie jest dla Mnie ważniejsze niż moje własne zdrowie. I choćbym miała jezdzić jeszcze dalej to zapierałabym się rekami i nogami aby tam dotrzeć. Kiedy dostajesz iskierkę nadziei na lepsze życie, możliwości aby twoje samopoczucie było lepsze i abyś mogła nadal cieszyć się kolejnym dniem dostajesz skrzydeł. Skrzydeł, które wznoszą Cię w górę i nie pozwalają upaść w dół. Moją mocą jest moja wiara. Wiara, że dam radę ze wszystkimi przeciwnościami losu. To ona jest moją wewnętrzną pewnością, że może stać się to czego pragnę. Jestem przekonana, że można osiągnąć bardzo dużo. Moje życie jest w moich rękach, a siła która Mi towarzyszy umacnia Mnie w walce. Walce o swoje życie i szczęście. 



Jeśli wierzysz i zaczniesz iść w stronę marzeń 
dojdziesz do miejsca 
w którym znajdziesz szczęście.

poniedziałek, 19 września 2016

PÓŁ ROKU -19.09.2016r


          Pół roku minęło jak z bicza strzelił. Kiedy? Nie mam pojęcia. Niemniej jednak szczęśliwa jestem z tego faktu bardzo. Przez ostatnie trzy miesiące bywało różnie. Miałam chwile, że czułam się rewelacyjnie, ale napotkałam na swojej drodze też takie z którymi musiałam walczyć. Niekompetentność ginekologa do którego chodziłam na kontrolne badania, doprowadziła do tego, że trafiłam po raz kolejny do szpitala i w ostatniej chwili wyszłam z tego cało. Silny ból brzucha spowodował pękniecie torbiela na jajniku i rozlane zapalenie otrzewnej. Szybka interwencja, przyjazd karetki, operacja i ful antybiotyków uratowały sytuację. Narkoza, którą dostałam przeszłam fatalnie i mówiąc najprościej przez dwa dni nie wiedziałam na jakim świecie żyje. Kolejna blizna pozostawiła też ślad na moim ciele, ale jak to stare dobre przysłowie głosi- ,,co mnie nie zabije, to mnie wzmocni'' więc było minęło i oby taka sytuacja więcej się nie powtórzyła. Na półroczny przegląd serduchowy pojechaliśmy cała prorokową rodzina. Ja miałam się stawić we wtorek- mój jakże kochany syn w środę. Mateusza niestety nie przyjeli na oddział, bo jak na złość złapał jakąś infekcje więc termin przesunięty. Mnie jednak ta przyjemność nie ominęła. W nocy przed planowaną biopsją już spac  nie mogłam. Kolejna- już 8 z kolei a Mnie nadal blady strach ogarnia. Spięłam jednak swoje cztery litery i pojechałam na hemo. 

-Dzień dobry Pani Asiu. Badanie przez nogę robimy?
-Hmm...no właśnie nie, bo jestem lekko niedysponowana. 
-To będziemy próbować spod obojczyka, bo pamiętam że z szyi już problemy były.
-Skąd??? Jak to...o nie nie...proszę już brać tą szyję w obroty i kłuć, może przeżyję. Ale obojczyka nie dam.

Lekarz spojrzał na Mnie jak na kosmitkę i tłumaczył Mi przez dobre 10min, że w moim przypadku to najlepsze wyjście. A we mnie aż wrzało jaką decyzję podjąć. Mając jednak przed oczami wizję dłubania w mojej nieszczęsnej szyi i pózniejszym dochodzeniu do siebie:
-Dobrze. Już niech doktor bierze ten obojczyk. W najgorszym przypadku wiem, gdzie Pana znajdę.

Pośmialiśmy się trochę i zaczęło się badanie. Poza najgorszym początkiem, który każdy musi przejść nie było aż tak zle. W każdym bądz razie wynik zwany zeróweczką uzdrowił Mnie z bólu całkowicie. Czekałam już tylko na wypis. Kiedy przyszedł lekarz z karta informacyjną już prawie byłam jedną nogą za murami szpitala. Po rozmowie długo nie czekając, naładowana pozytywną energią wyfrunęłam ze szpitala jak na skrzydłach. Teraz czekamy aż młody wyzdrowieje i znowu ruszamy na Śląsk. Jeszcze trochę a jak boga kocham zaczniemy się zastanawiać nad  przeprowadzką w tamtejsze rejony, bo te ciągłe podróże staja się trochę męczące. Póki co korzystam z każdej chwili, minuty, sekundy. Zycie ma tyle kolorów ile potrafimy w nim dostrzec...a moje jest niczym tęcza, którą sama sobie wymalowałam. Wymalowałam ją swoją wytrwałością i samozaparciem. Wciąż młoda duchem, wciąż pełna chęci by brać od życia to co najlepsze. Pomimo, że jeszcze powinnam się wstrzymywać wszystko bym chciała robić, wszędzie być i czuję potrzebę ciągłej pomocy- która po przeszczepie wzrosła jeszcze bardziej. Może to jest w pewnym sensie podziękowanie. Za dar, który otrzymałam i który chcę wykorzystać najpiękniej jak potrafię. Nie świętuję i nie będę tego robić kiedy nadejdzie rok, drugi, trzeci. Tą najważniejszą datę wolę uczcić stawiając znicz na nieznanym grobie, mając świadomość, że tego dnia ktoś przechodzi traumę że stracił kogoś bliskiego. Tak też można uczcić swoje nowe życie. Życie, które każdego dnia przynosi Mi ogromną moc do tego żeby iść naprzód!




niedziela, 19 czerwca 2016

TRZY MIESIĄCE


          Po tygodniowym pobycie w szpitalach wróciliśmy szczęśliwi do domu. Córcia nie posiadała się z radości, a pies już całkiem oszalał. My zresztą też. Męczące są chwilami te wyjazdy, ale cóż zrobić...jak trzeba to trzeba. Wygram w totka to zainwestuje w helikopter- a póki co cieszę się z 3-miesięcznej przerwy, bo kolejna biopsja dopiero we wrześniu. A jeśli chodzi o piątkowe badanie, to było całkiem znośnie. Pojechałam na hemodynamikę, przywitałam się z pielęgniarką i już miałam otworzyć buzię żeby coś powiedzieć, gdy...

-Dziś jest bardzo fajny lekarz. Proszę się nie stresować.

O boże! Przez głowę przemknęła Mi tylko myśl, że już musiałam im zapaść w pamięci jeśli już od progu Mnie wita takimi słowami. Ale podziękowałam za troskę i wskoczyłam na stół czekając na badanie. Przyszedł lekarz i się zaczęło. I muszę przyznać- pomijając fakt że tym razem badanie było przez żyłę udową to wszystko poszło sprawnie i szybko. Po badaniu musiałam jeszcze poleżeć w łóżku z uciskiem na nodze 2 godziny, ale komfortowo czułam się o wiele lepiej niż po wcześniejszych biopsjach. Popołudniu przyszedł profesor z wynikami. 

-Jest super. Biopsja bez odrzutu, stężenie idealne. Możesz się pakować i widzimy się za trzy miesiące. Teraz czas na odpoczynek. 
-Panie profesorze, Ja już od rana walizkę mam przyszykowaną. 

Lekarz uśmiechnął się tylko, pożegnał i wyszedł z sali. A Ja jak torpeda wyskoczyłam z łóżka i poszłam się przebierać. Gotowa siedziałam i czekałam na męża i synusia. Do domu wróciliśmy po północy. Zmęczeni ale szczęśliwi. I co najważniejsze z dobrymi wynikami. 
Dziś mijają 3 miesiące od przeszczepu. Nawet nie wiem kiedy to minęło. Czasami wspominam sobie niektóre sytuacje i zastanawiam się ile to rzeczy musi się wydarzyć, żeby człowiek zdał sobie sprawę z tego ile ma w sobie siły, aby przejść przez to wszystko. Operacja nie tylko pozostawiła ślad na moim ciele, stała się również swoistym punktem odniesienia. Kiedy leżałam już na łóżku w pełni świadoma tego co się stało uświadomiłam sobie, że nieokreślony ból całego ciała który Mi wtedy towarzyszył stał się dla Mnie pocieszeniem. Stanowił bowiem dowód, że moje ciało się nie poddało. I walczyło. Nie było już żadnych ,,jeśli'', ,,może'' czy ,,gdyby'', których mogłabym się uchwycić. Sytuacja stała się jasna, fakty mówiły same za siebie- czas złudnych nadziei nieodwołalnie dobiegł końca. Nadszedł czas, by stawić czoło rzeczywistości. I tego się usilnie trzymałam przez cały swój pobyt w szpitalu, bo wcale nie zamierzałam się poddać w tych czarnych chwilach. W żadnym razie. Miałam swoją strategię, a używanie słów: MOGĘ, ZROBIĘ, CHCĘ, UDA SIĘ dawały Mi siłę do życia. Pielęgniarki nie bez powodu nazywa się też Aniołami. Chociaż moja sytuacja zupełnie nie przypominała pobytu w niebie, to istniały między nimi pewne podobieństwa. Zakończyłam jedno życie i zaczynałam inne, a One- przynajmniej w okresie przejściowym, były najbardziej przypominającymi Anioły istotami, jakie spotkałam... 

          Czas oczekiwania na Nowe zdrowe serce był dla mnie przełomem w moim życiu. Był też wypełniony smutkiem, złością ale i radością z otrzymanej szansy na lepsze życie. Każdego dnia stawałam do walki o dobre samopoczucie. Dlatego też pisanie bloga pomagało Mi przetrwać te wszystkie chwile i umocniło Mnie w przekonaniu, że wyrzucenie z siebie złych emocji i utrzymywanie kontaktu z osobami, które przeszły to samo daje pozytywnego kopa na rozpoczęcie lepszego życia. A żyć zamierzam długo i szczęśliwie. I najlepiej jak potrafię! 


,,We wszystkim tym,
co zdarza się w życiu człowieka,
trzeba odczytać ślady miłości Boga.
Wtedy do serca wkroczy radość''
                                                                                                                                          kard. Stefan Wyszyński

czwartek, 16 czerwca 2016

16.06.2016r



          My już 6 dzień na Śląsku... Mateuszowi porobili badania i z całkiem dobrymi wynikami wyszedł dziś z oddziału. Czekamy teraz na sprowadzenie małego kardiowertera, która będą chcieli Mu wszczepić. Ale do dopiero za 3 miesiące się wszystko rozstrzygnie. Póki co cieszę się, że jeszcze nie czas na listę. Bardzo się cieszę ❤

          Młody wyszedł, a położyłam się Ja na swój oddział Transplantacyjny. Wchodząc tutaj człowiek czuje się jak w drugim domu. Spotykasz znajome twarze ludzi, którzy albo są już po przeszczepie, albo przyjechali na badania kwalifikacyjne. Pielęgniarki uśmiechnięte witają się z Tobą, lekarze zadowoleni patrzą na Ciebie jakbyś wyglądała co najmniej jak milion dolarów. Bo właśnie ta załoga miała swój największy udział w Mojej rekonwalescencji po przeszczepie. Dbali o Mój komfort fizyczny jak i psychiczny. Człowiek przyjeżdża tutaj na badania spokojny i stara się aż tak bardzo nie denerwować...

          No właśnie. A jutro z rana czeka Mnie moje ukochane badanie- czyli biopsja. Tym razem mam nadzieję że będzie wyglądała trochę inaczej. Ale zobaczymy. Najpierw poranna wizyta profesora na która mam nadzieje, że się załapię bo muszę z Nim porozmawiać. Ciśnienie Mi znowu skacze jak szalone. Trochę Mnie to niepokoi...

A jak będzie po badaniach wszystko dobrze - a będzie na pewno to pakujemy walizki i fruu do domu. Tak więc...byle do jutra!

sobota, 4 czerwca 2016

04.06.2016r



             Wielkimi krokami zbliża się Nasz kolejny wyjazd do Zabrza. Za tydzień Mateusz ma być na oddziale w celu zrobienia cewnikowania i dalszej oceny serduszka. Po zrobieniu już wszystkich potrzebnych badań kwalifikacyjnych jego papiery pójda na konsylium a My dowiemy się co dalej. Czy będzie wpisany na liste czy jeszcze nie. Czeka Nas jeszcze rozmowa z lekarzem o wszczepieniu defibrylatora. We wtorek natomiast na oddział frunę Ja. I kolejna biopsja- tym razem przez tetnicę (lub żyłę) udową. Moja szyja wygląda już jak dobrej jakości ser szwajcarski, więc wolę ażeby zaatakowali Mi nogę. A górną część ciała zostawili już w spokoju. Przeraża Mnie tylko to parogodzinne leżenie po zabiegu. Teraz kiedy praktycznie biegam- nie chodzę nie wyobrażam sobie jakichkolwiek ograniczeń. Jakbym chciała odzyskać stracony czas...

            Ostatnio czytałam od początku swojego bloga, którego zapiski mam zamiar przenieść na papier jako pamiątkę i pomyślałam-  Czego tak się bałaś wariatko i zapierałaś rekami i nogami przed tym wszystkim?? Teraz dopiero czerpiesz z życia wszystko co najlepsze! Kiedy ktoś Mnie pyta co teraz odczuwam, mówię wprost- A jak myślisz- jak czuje się ptak który po czasie dopiero nauczył się latać i wzbija się w powietrze?? Tak samo jest ze Mną. Ja nie znałam innego życia bez ciągłego zmęczenia, złego samopoczucia i wielu innych czynników. Od kiedy pamiętam zawsze zostawałam w tyle. Karta się w końcu jednak odwróciła i na moja korzyść. Każdego dnia budzę się z taką energią, że mogłabym góry przenosić. Zauważyłam też wielką zmianę u siebie. Zniknęła wiecznie zmęczona i blada twarz, którą zastąpiły teraz rumieńce. Nie ma worów pod oczami i tej okropnej zadyszki podczas każdej rozmowy która prowadziłam. Teraz bez irytacji mogę swobodnie popatrzeć w lustro. Ależ Mnie to niezmiernie cieszy! Jestem tez bardzo dumna ze swojego syna, który pomimo, że sam ma chore serduszko i widzę że jest Mu czasami ciężko to chce Mi pomagać. Wodzi za Mną codziennie wzrokiem i obserwuje. Nosi za Mnie jakieś cięższe torby, albo sprawdza czy aby na pewno to co mam w rekach nie warzy więcej niż 3kg. Ostatnio użył nawet argumentu -,,bo powiem wszystko dla taty''- kiedy to chciałam już sama sobie z czymś poradzić i z troski o niego delikatnie odmówiłam pomocy. Rozbroił Mnie tym zupełnie. 

            Za dar życia otrzymany w marcu, będący wynikiem Mojego Dawcy i uszanowania jego woli przez jego rodzinę wdzięczna będę do końca życia. Wdzięczna także za możliwość dalszego życia- za możliwość wychowywania swoich dzieci, oraz za wszystko, co w moim życiu mnie jeszcze spotka. To, że mogę nadal cieszyć się życiem zawdzięczam również lekarzom Śląskiego Centrum Chorób Serca, do którego trafiłam po długich szpitalnych wędrówkach. Wielką zasługę przypisuję jakże wspaniałym pielęgniarkom z Oddziału Transplantacji, które każdego dnia dbały o mój komfort fizyczny, ale i psychiczny, tak ważny podczas rekonwalescencji po przeszczepie.

Dzięki temu co przeżyłam, zdałam sobie sprawę z tego, jak ważną rzeczą każdego dnia jest odkrywanie i docenianie swojego życia. Jego piękna i wartości. 




czwartek, 19 maja 2016

DWA MIESIĄCE


              Dwa miesiące minęły nawet nie wiem kiedy. Jak się czuję? Za każdym dniem coraz lepiej, a nawet rewelacyjnie! Wspominałam dziś- cofając się wstecz do czasu Mojego pobytu i rekonwalescencji w szpitalu te chwile zwątpienia i ogólnej irytacji całą sytuacją. Pamiętam jak monotonnie, bliskie Mi osoby w kółko powtarzały, że będzie lepiej...że trzeba przeczekać te najgorsze chwile.  Z zaciśniętymi więc zębami czekałam i walczyłam sama ze sobą. Ze swoimi słabościami, których upust dawała zazwyczaj wieczorami jak wszyscy spali. Wtedy Moim najlepszym przyjacielem była poduszka, na która wylewałam swoje łzy. A teraz? Dziś minęły okrągłe dwa miesiące, kiedy dostała szanse na NOWE ŻYCIE. Codziennie dziękuje Bogu za DAR jaki otrzymałam. Dzięki temu mogę normalnie funkcjonować, wychowywać swoje dzieci i cieszyć się każdą chwilą swojego życia. Kiedy ktoś pyta Mnie- Skąd w Tobie tyle optymizmu?? Odpowiadam: Życie jest po to, żeby cieszyć się Nim ze wszystkiego co Nas otacza. Moje jest wspaniałą przygodą, w której podejmuję decyzje, spełniam swoje marzenia i żyję najlepiej jak potrafię. 

            Jeśli chodzi o Moje samopoczucie wydolnościowe to diametralnie się poprawiło. Chodzę jakbym miała wszczepiony dodatkowy motorek. Górki, które wcześniej sprawiały Mi trudności- teraz pokonuję bez jakiegokolwiek zmęczenia. Na schody- Moją odwieczną zmorę! wchodzę nawet nie wiem kiedy. Trzecie, czwarte piętro to już dla Mnie drobnostka. No i spaceruję. Dużo, bardzo dużo. Właściwie samochodem jeżdżę- jako pasażer na razie, tylko kiedy muszę. Wolę się przejść. W chwili ogromnego stresu który przeżyłam- kiedy życie przelatywało Mi dosłownie przed oczami nie traciłam swojej wiary w to, że dam radę. A kiedy się obudziłam i wiedziałam, że wszystko się udało to swoją wielką determinacją dążyłam do tego, żeby jak najszybciej stanąć na własne nogi i wyjść do domu. Bo właśnie w takich momentach człowiek uświadamia sobie, że kocha każdy dzień i każdą chwilę swojego życia. I cieszy się ze wszystkiego co jest dane Mu zobaczyć i przeżyć. 



,,Są dwie drogi aby przeżyć życie.
Jedna to żyć tak jakby nic nie było cudem,
Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko!''