58 dzień...
Zmęczenie Mnie dopadło. Takie mega wielkie. Takie nic Mi się nie chce. Zapewne i towarzyszące wyjazdowi emocje zrobiły swoje. Dwa dni odsypiałam, turlałam się po mieszkaniu i nie miałam nastroju na nic. Teraz trochę ożyłam. Chodz tak nie do końca. Znowu czuje ten fatalny ucisk i nie wiem czym to jest spowodowane. Staram się nie myśleć...nie analizować, ale chwilami to jest silniejsze ode Mnie. A przecież przyjechałam tu odpocząć...
Wczoraj znowu zle spałam. Jakieś koszmary Mnie męczyły, na przemian z dusznościami. Jasny szlag już Mnie chwilami bierze na to wszystko. Ale nic z tym zrobic nie można. Taka choroba. Takie dolegliwości. Albo się człowiek przyzwyczai, albo walczy z tym wszystkim. Wybieram tą drugą opcje, chodz chwilami jest to cholernie ciężkie.
Może jutro będzie lepiej.
Zasypiam codziennie z tą myślą i codziennie rano z Nią wstaje.
Bo jakiś plan trzeba na siebie mieć.
A teraz znowu idę spać...
Ostatnio zrobiło się to Moim hobby 😄
,,W życiu nie chodzi o posiadanie samych dobrych kart, ale o umiejętne granie tymi, które już masz w ręku. Uwierz, że warto żyć, a twoja wiara sprawi, że stanie się to faktem. Nie zagłębiaj się w przeszłości, nie śnij o przyszłości, skoncentruj swój umysł na obecnej chwili'' Żyj!
czwartek, 17 grudnia 2015
wtorek, 15 grudnia 2015
15.12.2015r
56 dzień...
Doleciałam...tam gdzie miałam, tam gdzie planuje spędzić Nasze najlepsze dwa tygodnie. Tak wiem, jestem chora i bezpieczniej i wogóle najlepiej by było gdybym została w domu pod tzw kloszem. Bla bla bla...Ale to nie byłabym Ja. Bo kiedy ma nadejść ten czas na spełnianie swoich marzeń jak nie teraz, przed przeszczepem? Różne to scenariusze Nam życie pisze na które nawet nie mamy wpływu. A Mi nadal nikt gwarancji nie daje- zresztą nikomu. Choróbsko zabrało Mi już wystarczająco dużo. Moje plany, częściową radość i sprawność fizyczna. Na więcej nie pozwolę.
Oczywiście przed podróżą, żeby stworzyć jakieś pozory, że nie jestem tak do końca nieodpowiedzialna załatwiłam wszystko i ze wszystkimi lekarzami co tylko możliwe. Z dwojga złego i Oni trochę ode Mnie odpoczną.
Ruszyliśmy w drogę. Lot spokojny, dzieci przeszczęśliwe- Ja już niekoniecznie... Tym razem Mój biedny żołądek wołał o pomstę do nieba. Dotarliśmy na miejsce. Wyczerpani, ale szczęśliwi. Widząc tą radość w oczach swoich dzieci, wiem że dla Nich jestem w stanie zrobić wszystko. Zmęczenie odeszło jak ręką odjął i poszliśmy na mały spacer. Miasto na pierwszy rzut oka piękne, rozeznanie zrobione, plan na zwiedzanie jest. Powrót do mieszkania i delikatna 2 godzinna drzemka :) Kolejny dzień na MOICH obrotach!
Teraz czas na dłuższy sen...
Jutro nowy dzień.
Nowe możliwości.
Nowe cele do zrealizowania.
Doleciałam...tam gdzie miałam, tam gdzie planuje spędzić Nasze najlepsze dwa tygodnie. Tak wiem, jestem chora i bezpieczniej i wogóle najlepiej by było gdybym została w domu pod tzw kloszem. Bla bla bla...Ale to nie byłabym Ja. Bo kiedy ma nadejść ten czas na spełnianie swoich marzeń jak nie teraz, przed przeszczepem? Różne to scenariusze Nam życie pisze na które nawet nie mamy wpływu. A Mi nadal nikt gwarancji nie daje- zresztą nikomu. Choróbsko zabrało Mi już wystarczająco dużo. Moje plany, częściową radość i sprawność fizyczna. Na więcej nie pozwolę.
Oczywiście przed podróżą, żeby stworzyć jakieś pozory, że nie jestem tak do końca nieodpowiedzialna załatwiłam wszystko i ze wszystkimi lekarzami co tylko możliwe. Z dwojga złego i Oni trochę ode Mnie odpoczną.
Ruszyliśmy w drogę. Lot spokojny, dzieci przeszczęśliwe- Ja już niekoniecznie... Tym razem Mój biedny żołądek wołał o pomstę do nieba. Dotarliśmy na miejsce. Wyczerpani, ale szczęśliwi. Widząc tą radość w oczach swoich dzieci, wiem że dla Nich jestem w stanie zrobić wszystko. Zmęczenie odeszło jak ręką odjął i poszliśmy na mały spacer. Miasto na pierwszy rzut oka piękne, rozeznanie zrobione, plan na zwiedzanie jest. Powrót do mieszkania i delikatna 2 godzinna drzemka :) Kolejny dzień na MOICH obrotach!
Teraz czas na dłuższy sen...
Jutro nowy dzień.
Nowe możliwości.
Nowe cele do zrealizowania.
niedziela, 13 grudnia 2015
13.12.2015r.
54 dzień…
Pozdrawiam wszystkich
czytających 😄
Wierzę w moc Naszych myśli i
dlatego robię wszystko, by nauczyć się nad Nimi panować, tak by dobrze Mi
służyły.
Umiejętność znajdowania
radości w drobiazgach i zajmowania myśli błahostkami to Moim zdaniem dowód na
dobre zdrowie psychiczne i wspaniały wkład we własną rekonwalescencję.
Z natury jestem optymistką
twardo stąpającą po ziemi, która patrzy na świat tylko z pozytywnego punktu
widzenia: uda Mi się i dam radę. Dlatego też staram się odpychać od siebie
wszystkie negatywne myśli, które niepotrzebnie zaprzątają Mi głowę. Pomaga!
Dzięki temu mogę normalnie funkcjonować i Cieszyć się z tego co Mnie dookoła
otacza.
Wczorajszy dzień pełen
wariacji. Po ściągnięciu ,,swojej szanownej’’ z łóżka stwierdziłam, że szkoda
by było zmarnować takie wspaniałe samopoczucie na leżingu. Delikatne
sprzątanie, spacer, jakiś obiad i wypad z dzieciaczkami z domu. Popołudnie w
przesympatycznym towarzystwie E. - która działa na Mnie jak porządna dawka
energii. Pózniej odebranie dzieci od siostry i wstąpienie po
drodze do A. bo dawno już się nie widziałyśmy.
Wieczorem powsinoga wróciła
włócząc dzieci za sobą do domu. Jeszcze krótki spacer z psem i- Kocham Cie Moja
Kanapo! Pierwszy raz od dawna przespałam całą noc- bez budzenia się i jakiś
koszmarów. Ostatnio znowu nie mogę spać. Jakieś psycho- tabsy chyba trzeba
będzie brać, bo jak tak dalej będzie to będę strzępkiem nerwów.
Niedziela mija na błogim
lenistwie. Lekko sponiewierana po wczorajszych włóczegostwach pozwoliłam sobie
na zregenerowanie sił w domowym zaciszu. Denerwuje Mnie tylko ten kaszel… Wiem,
że jest wynikiem pogłębiającej się niewydolności serducha, aczkolwiek mógłby
sobie odpuścić. Jak Mnie złapie taki atak to nie idzie normalnie oddychać. Nie
wspominając, że pózniej Mnie uwiera tu i ówdzie. Nienawidzę tego!
Wczoraj odstawiłam na
weekend Cordarone. Po konsultacji z lekarzami i z polecenia profesora.
Oczywiście mam nadzieję, że nic Mnie tutaj złego nie będzie prześladować, bo
nie mam czasu się bujać po szpitalach. Są ważniejsze rzeczy do zrobienia i
załatwienia.
Po świętach będzie trzeba
wziąć się za papierologię i pozbierać do kupy wszystkie dokumenty na komisję z
tytułu niepełnosprawności, która zbliża się wielkimi krokami. Kto wie, może i
Oni będą chcieli Mnie uzdrowić jak to zrobił Nasz szanowny ZUS. Tak właśnie
tak! Po 10 latach pobierania tej marnej zapomogi, po ponad 2 latach sądowej
walki ,,Zakład Uzdrowienia Społecznego’’
orzekł, że nadaję się do pracy. Oczywiście, że bym poszła! Nawet pobiegła…
tylko kto Mnie będzie chciał teraz zatrudnić- taką biegającą non stop po
szpitalach. Swoją drogą szkoda, że takiego uzdrowienia dokonują tylko na
papierze, a nie w Realu. Ja bym bardzo chętnie skorzystała z takiego
przywileju.
Wniosek nasuwa się sam-
Trzymajmy się z daleka od IDIOTÓW! Życie toczy się dalej i szkoda Mojego
cennego zdrowia na użeranie się z urzędasami.
piątek, 11 grudnia 2015
11.12.2015r.
52 dzień…
Moc jest z Nami! 😄
KOCHAM CIĘ
ŻYCIE!
Mega pozytywny dzień dziś
miałam. Taki na zwiększonych obrotach. Taki jak lubię. To nic, że pewnie
niedługo będę wypompowana z jakichkolwiek sił witalnych i padnę jak nieżywa w
ramiona Morfeusza, ale za to jaka szczęśliwa :) Trochę rzeczy trzeba było
jeszcze załatwić przed wyjazdem, to zakupy, to ubezpieczenie zdrowotne i takie
tam pierdółki. Po powrocie do domu wzięłam kijki do Nordic Walking i podążyłam
po najmłodsze dziecię do oświaty. A no właśnie! Mój Mikołajkowy prezent
niedawno przyjechał, więc trzeba było się zebrać w sobie i zacząć chodzić,
chodzić, chodzić… I muszę stwierdzić, że fajna to sprawa jest. Lżej się idzie .
Lepiej. Mam nadzieję, że owa wena Mnie nie opuści i będę spacerować jak sarenka
wokoło naszego kaczego dołka.
Chociaż jesień nie napawa Mnie
jakimś optymizmem, to trzeba przebrnąć jakoś przez tą paskudną jak dla Mnie
porę roku. Ogólnie rzecz biorąc mogłabym zapaść na ten okres w jakiś zimowy
sen…ale ostatnio zmienił Mi się bardzo tok myślenia. Chcem jak najwięcej
zrobić, zobaczyć, osiągnąć. Zapewne wynika to ze świadomości tego co Mi krąży
po głowie. Nie jest to nic godnego napisania tutaj… takie tam bzdury wyssane z
podświadomości czarownicy. No ale czasami też jestem realistką- nie bujającą w
obłokach i wiem jakie istnieje ryzyko związane z np. taka operacją. Ja
oczywiście wierzę, że będzie wszystko dobrze i wrócę w pełni sił do domu, ale…
No właśnie, zawsze takie
ALE istnieje i mąci Mi w głowie. Paskuda jedna!
Poza takimi złymi fluidami, zastanawiam
się też czy z Nowym Serduchem są jakieś ograniczenia związane ze sportem
ekstremalnym. Od zawsze marzyłam, żeby wykonać taki skok na bungee, czy ze
spadochronem. No niestety nigdy to nie było możliwe. Teraz na pewno będę
musiała o to zapytać. Przecież trzeba dążyć do realizacji swoich marzeń :) A jeśli nie ma przy tym żadnych przeciwwskazań, to
tylko wielkie zielone światło dla Mnie będzie. Tak to właśnie jest, jak się
człowiek rodzi córką byłego komandosa i wariackie geny przechodzą na dzieci!
Może stąd we Mnie tyle determinacji i oślej
upartości. Kto wie. A jak siłą wyższa nie będę mogła tego zrealizować to trudno… wynajdę coś
innego godnego mojego zainteresowania!
Teraz czekamy cierpliwie na
kolejny telefon, w między czasie czerpiemy z życia wszystko co najlepsze i nie
narzekamy. Są ludzie, którzy naprawdę mają gorzej, a pomimo tego potrafią iść
przez życie z uśmiechem na twarzy. To właśnie z Nich trzeba brać przykład. I nie łamać się, nie łamać…
czwartek, 10 grudnia 2015
10.12.2015r
51 dzień…
Warto żyć...
i tego staram się usilnie
trzymać.
Czasami z lepszym,
czasami z gorszym skutkiem,
ale ciągle brnę do przodu.
Ostatnie dni minęły w
zastraszająco błyskawicznym tempie. Czas ucieka. Nieubłagalnie. A Ja mam jeszcze tyle do
zrobienia. I cholera muszę to zrobić! Zbieram więc siły… zbieram nieustannie.
Nie poddaje się, bo trzeba jakoś pchać ten wózek do jasnej cholerki. Tak daleko
już zaszłam. Tak wiele mam za sobą. Wiem, że Mój organizm jest już zmęczony- Ja
psychicznie już chwilami też, ale spinam się jak mogę! Teraz nie mogę się
poddać i zapaść w jakiś depresyjny letarg, bo byłaby to najgorsza rzecz jaką
bym zrobiła. A przecież muszę jechać tam silna i spokojna jak nigdy dotąd. To
pomoże Mi szybciej stanąć na nogi. Tak jak każdy Mi w szpitalu powtarzał. Są
też osoby, które trzymają za Mnie kciuki i wierzą, że Mi się uda. Ja też
wierzę! Że będą dobrze zaciśnięte :)
Chciałabym już chyba mieć
to wszystko za sobą. I chciałabym i się boję. Jak diabli się boję! Ale z
drugiej strony jak pomyślę ile rzeczy Mnie omija, z ilu muszę zrezygnować na
dzień dzisiejszy to jasny szlag Mnie trafia. A Ja nie lubię siedzieć w miejscu!
Muszę się gdzieś plątać, coś robić, żeby się nie zasiedzieć. Czasami to trudne,
bo jestem tak zmęczona, że nic Mnie nie podniesie. Ale skądś te siły trzeba
brać psia mać! Same nie przyjdą.
Wczoraj mieliśmy imprezę. Domowe party :) Mati robił za DJ, Jula za tancerkę, a Ja z Luna
siedziałyśmy na widowni. Takie chwile uwielbiam. Kiedy mogę do reszty poświęcić
się swoim dzieciom, swojej rodzinie. To takie NASZE chwile. Których nikt Nam
nigdy nie zabierze…
Dziś jednak dopadła Mnie chwilowa niemoc. Nie
duża ale jednak niepotrzebnie się przyplątała. Zwalałam oczywiście wszystko na
pogodę- bo na coś trzeba. Ale problem był gdzieś indziej. Wstałam opuchnieta.
Jednym słowem zobaczywszy siebie w lustrze, stwierdziłam, że mogę zacząć
straszyć ludzi bez jakiejkolwiek charakteryzacji :) Znowu tabsy poszły w ruch, żeby za chwilę nie wyglądać jak Monstrum.
Kolejny raz się udało… zeszło wszystko. Swoją droga zastanawiam się czasami na
jak długo to wystarczy… No ale nie myśląc o głupotach- wzięłam psa i poszliśmy
na spacer. Pies zadowolony- Ja też. Po powrocie jednak padłam spać. Pies też. I 2 godziny
wyjęte z życia. Tak się dotleniłam!
Idą też święta. Odliczam już dni do wyjazdu.
Tak bardzo chcem już odpocząć. Zmienić chodz na chwilę otoczenie, nie myśleć,
nie stresować się. Potrzebuję tego i wierzę w to, że będą to najpiękniejsze
święta w Moim życiu.
Tak! Właśnie tak będzie.
,,Co Cię nie zabije- to Cię wzmocni
Staniesz się odważniejsza.
Co Cię nie zabije, zahartuje Cie
Będziesz jeszcze bardziej pełna życia!''
A na koniec...komu w drogę...temu ścierka w rękę i stwarzając chociaż pozory,
trzeba trochę posprzątać....
środa, 9 grudnia 2015
09.12.2015r
50 dzień...
A to wszystko zaczęło się w
maju… Do tego czasu Moje serducho jakoś funkcjonowało. I to nawet niezle.
Wizyty i pobyty w szpitalu swoją drogą, ale nie było zle. Tak jak wspomniałam,
wielkie bum pojawiło się z początkiem maja. Jeszcze w kwietniu jak byłam u
profesora na oddziale to powiedział do Mnie- ,,Jeszcze poczekamy z kwalifikacją’’.
Dla Mnie to było jak miód na Moje uszy.
Którejś nocy jednak obudziłam
się wystraszona i czuję, jak Mi kardiowerter najpierw wibruje- pózniej się
ładuje. Cholera! Oddychaj głęboko- pierwsze co przyszło Mi na myśl. Ale guzik
to pomogło. Serce nie chce współpracować i zaczyna się walka z czasem. Tętno
szalenie przyspiesza. Spoglądam na ekran 90…120…140. Już czuję, że Mi słabo,
ale zerkam- 170… i strzał! Jeden. Drugi. Wołam swoje dziecko, żeby wezwało
pogotowie, bo nawet boje się poruszyć. Sere dalej wali i coraz bardziej
przyspiesza. Trzeci strzał. I w końcu czwarty…potężny! Dziecko przerażone spoglądając
na Mnie tłumaczy przez telefon co się stało, a Ja leżę ze łzami w oczach i
zastanawiam się co mam zrobić. Nie myślałam wtedy nawet o sobie, tylko o tym,
żeby uspokoić mojego syna, który w każdy możliwy sposób chciał Mi pomóc.
Koszmar! Przyjazd karetki, ciśnienie, EKG, relanium na uspokojenie i jazda na
SOR. Niestety jak to bywa czasami w miejscowym szpitalu nie maja odpowiedniego
sprzętu, więc znowu karetka i podróż do oddalonego o ponad 30km szpitala. Tam
OIOM i monitory. Znowu relanium, bo nie idzie normalnie myśleć. W efekcie całej
tej sytuacji przeleżałam pół dnia pod okiem lekarzy i nafaszerowana lekami
wróciłam do domu. Wniosek- częstoskurcze komorowe- tętno ponad 180 i
wyładowania ICD.
Ale nie to było dla Mnie najgorsze… Moje myśli
cały czas krążyły nad sytuacją, że naraziłam swoje dziecko na taki stres. To
zostało we Mnie. Pomimo tego, że panowie z karetki ,,przyczepili Mu’’ order
bohatera, z czego był bardzo dumny, to dla Mnie- jako matki, to było coś
strasznego. Kiedy przez kolejny tydzień wzywał pogotowie, bo od tych
koszmarnych strzałów serce zaczęło żyć swoim życiem i w żaden sposób nie można
było tego umiarowić. Nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Leki na uspokojenie
nic nie dawały, tysiące myśli kłębiły się w głowie. Strach przejął kontrolę. A
Ja nie mogłam normalnie funkcjonować. Wciąż analizowałam, wciąż o tym myślałam
i przestać nie potrafiłam. Kto nie przeżył tego na własnej skórze, tak naprawdę
nie wie co człowiek wtedy czuje. Pomimo, iż wcześniej zdarzały Mi się
wyładowania, to żadne z Nich nie odbiły się na Mojej psychice tak bardzo jak te…
Trzeba się było jednak wziąć
w garść. Tyle wysiłku co Mnie to kosztowało wiem tylko Ja. Walczyłam ze swoją
psychiką, żeby nie dać się omotać. Bo tak naprawdę to jakie jest Nasze myślenie
zależy tylko i wyłącznie od Nas. Tak działa Nasz mózg. I wygrałam! Po wielu długich miesiącach wygrałam tą
cholerną walkę nad spokojem własnego umysłu. Tą najcięższa. Chwilami jeszcze dopada
Mnie niepokój jak zaczynają się serduchowe wybryki, ale jestem już silniejsza.
Powtarzam sobie, że co Mnie nie zabije to Mnie wzmocni i to pomaga :)
Od tego feralnego czasu zaczęła
się moja ciągła wędrówka po szpitalach i kwalifikacja potrzebna do przeszczepu.
A bohater rzecz jasna dostał ogromniaste lody w nagrodę 😄
wtorek, 8 grudnia 2015
08.12.2015r.
49 dzień…
Endokrynolog. Kolejna
wizyta. Bleeeh już mam dość… tego latania i tych wszystkich lekarzy. Ledwie
odsapnę po jednym, a tu znowu trzeba gdzieś jechać. Po takich dniach jestem
zmęczona jakbym daj boże Mont Everest zdobyła! A ostatnio już sama nie wiem co
Mi jest. Jeszcze trochę a popadnę w jakaś psychozę. To Mnie boli, to Mnie
ściska, to Mnie piecze w mostku. No kuzwa! Ja rozumiem, że się pogarsza, że
serducho nie wyrabia, że niewydolność się pogłębia, ale dajcie żyć! Na nic
człowiek nie ma siły- na nic ochoty. Ja chcę wiosny. Zima Mnie dobija…
Wizyta ok. Nawet
zadowalająca. Kolejna za miesiąc ze względu na bardzo silne dawki Cordaronu,
który rozwala tarczycę. Taki skutek uboczny. Moja walczy. Jeszcze walczy! I mam
nadzieję, że tak jej pozostanie na wieki i nie da się stłamsić :) Powrót do domu i leżing. W tym godzinna drzemka i
możemy funkcjonowac dalej. Byle jak, ale trzymajmy fason.
Trzeba wymyślić na siebie
jakiś plan. Żeby nie zwariować, żeby poprawić swoje samopoczucie i żeby Moje
dzieci nie musiały ciągle patrzeć na mamę, która chwilami ledwo włóczy nogami.
Dobija Mnie to… Już chyba dotarło do Mnie to, że przeszczep będzie najlepszą
rzeczą- przynajmniej przestanie Mnie męczyć to fatalne samopoczucie i zacznie
się lepsze, normalne Zycie. Chociaż Mój strach przed operacja jest ogromny, to
jak rozmawiam z dziewczynami, które są już po transplantacji serca, to radość
przepełnia Moje serce, widząc jakie są szczęśliwe. Wczoraj zadzwoniła R. spytać
co u Mnie. Cudowna osoba. Wesoła, radosna
jak skowronek, opowiadała jak to jest lepiej, jak może wiele zrobić. Bez zmęczenia-
bez strachu, że ICD znowu się włączy, bo też zaznała tej przyjemności poznania
go. No i oczywiście dała Mi dużo siły…
Żeby wierzyć.
Żeby ufać.
I walczyć.
O lepsze jutro.
Bo będzie lepiej.
Wierze w to!
…przecież mam marzenia do
zrealizowania. I to nie byle jakie.
A do tego potrzeba
determinacji, której na szczęście Mi nie brakuje :)
R. dziękuję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
