140 dzień...
Uff. Wróciliśmy. Zdrowi i szczęśliwi, że zabieg u Matiego zakończył się pomyślnie i bez żadnych komplikacji. Stres nie jest najlepszym sprzymierzeńcem, a Mnie codziennie popołudniu łamało spanie, bo już ledwo na oczy patrzyłam tak Mnie od środka zjadały nerwy. Byliśmy z Nim w szpitalu cały czas i myślę, że dzięki temu i On czuł się bezpieczniej. Że może trochę ponarzekać- że boli, czy się poprzytulać... jeszcze :) Cieszę się też bardzo, bo udało Mi się załatwić miejsce na Kardiologii Dziecięcej w Zabrzu. Czyli w kwietniu jedziemy razem robić rodzinne wejście na oddziały w celu Mojej kolejnej kwalifikacji- a Jego badań od góry do dołu.
Za oknem prawie wiosna, czym Mnie ten fakt bardzo uszczęśliwia. Trochę jeszcze zmęczona jestem po ostatnich dniach, ale mam nadzieję, że się szybko zregeneruje bo trochę spraw mam do załatwienia i nie mam czasu na lenistwo. Zresztą szkoda Mi tak pięknej pogody...Uwielbiam wiosnę. To jak się wszystko rodzi do życia napawa Mnie wspaniałym optymizmem, który jest Moim codziennym motorem w życiu. Bez tego ciężko Mi funkcjonować.
Powrót do domu uczciliśmy popołudniowym spacerem- który na dobre wyszedł każdemu z Nas, a pózniej ku radości dzieci zjedliśmy mega wielkie lody!
,,W życiu nie chodzi o posiadanie samych dobrych kart, ale o umiejętne granie tymi, które już masz w ręku. Uwierz, że warto żyć, a twoja wiara sprawi, że stanie się to faktem. Nie zagłębiaj się w przeszłości, nie śnij o przyszłości, skoncentruj swój umysł na obecnej chwili'' Żyj!
środa, 9 marca 2016
czwartek, 3 marca 2016
03.03.2016r
134 dzień...
Wypadałoby coś napisać po długim nie pisaniu. A więc...
Odpoczęłam sobie. Na maksa się zrelaksowałam. Książki pochłaniałam z prędkością światła, wypijałam litry herbat, a na kanapie zmieniałam tylko miejsce siedzenia ze swoim puchowym kocem, żeby przypadkiem odleżyn nie dostać :) Potrzebne Mi to było. Takie oderwanie się od wszystkiego...nie analizowanie i całkowity reset komórek mózgowych.
Wcześniejsze dni, ciągłe załatwianie badań i przyjęcie Matiego do szpitala dały Mi niezle w kość. Codzienna adrenalina, która towarzyszyła Mi w załatwianiu poszczególnych rzeczy dodawała Mi siły, ale popołudniami odlatywałam jak nieżywa na łózko i spałam po 2 godziny. We wtorek czeka Nas zabieg, więc żeby nie osiwieć ze stresu myślę jakie tu by znalezć sobie zajęcie...
Mnie jak na razie ominął szpital z czego bardzo się cieszę. Waga trochę jeszcze skacze, ale już nie tak tragicznie jak było wcześniej- czyli można juz wyciągnąć Ją z szafy, bo prawie pokazuje tak jak powinna :) Jednym słowem idzie ku dobremu...Wiem, że złudne takie Moje myślenie, ale kolejna kwalifikacja za 1,5miesiaca. Jeśli wcześniej nie będzie telefonu. A może coś się w wynikach poprawi?? Kto wie, kto wie...Przysłowie mówi- nadzieja umiera ostatnia. Ale w Moim przypadku Ona jest Moim codziennym motorem do ciągłej walki o każdy kolejny, lepszy dzień!
Wypadałoby coś napisać po długim nie pisaniu. A więc...
Odpoczęłam sobie. Na maksa się zrelaksowałam. Książki pochłaniałam z prędkością światła, wypijałam litry herbat, a na kanapie zmieniałam tylko miejsce siedzenia ze swoim puchowym kocem, żeby przypadkiem odleżyn nie dostać :) Potrzebne Mi to było. Takie oderwanie się od wszystkiego...nie analizowanie i całkowity reset komórek mózgowych.
Wcześniejsze dni, ciągłe załatwianie badań i przyjęcie Matiego do szpitala dały Mi niezle w kość. Codzienna adrenalina, która towarzyszyła Mi w załatwianiu poszczególnych rzeczy dodawała Mi siły, ale popołudniami odlatywałam jak nieżywa na łózko i spałam po 2 godziny. We wtorek czeka Nas zabieg, więc żeby nie osiwieć ze stresu myślę jakie tu by znalezć sobie zajęcie...
Mnie jak na razie ominął szpital z czego bardzo się cieszę. Waga trochę jeszcze skacze, ale już nie tak tragicznie jak było wcześniej- czyli można juz wyciągnąć Ją z szafy, bo prawie pokazuje tak jak powinna :) Jednym słowem idzie ku dobremu...Wiem, że złudne takie Moje myślenie, ale kolejna kwalifikacja za 1,5miesiaca. Jeśli wcześniej nie będzie telefonu. A może coś się w wynikach poprawi?? Kto wie, kto wie...Przysłowie mówi- nadzieja umiera ostatnia. Ale w Moim przypadku Ona jest Moim codziennym motorem do ciągłej walki o każdy kolejny, lepszy dzień!
sobota, 27 lutego 2016
27.02.2016r
129 dzień...
Po wczorajszej podróży padałam na paszczę ze zmęczenia, zdenerwowania i szybko poszłam spać. Wizyta ze starszakiem u kardiologa i badania nie takie jak oczekiwałam. Nie jest dobrze. Przegroda międzykomorowa masakrycznie powiększona. Od ostatniego badania we wrześniu znowu przerost się powiększył. I znowu powtarza się historia sprzed 2 lat wstecz, kiedy to dziecko weszło w wiek szybkiego wzrostu. Kolejny plik badań do zrobienia, skierowania i bieganie po lekarzach Nas czeka. Dziecko na co dzień ma być bez jakiegokolwiek wysiłku, stresu i innych zagrażających życiu sytuacji, które należy wyeliminować z Jego dzieciństwa. Pytam więc:
-Pani doktor, skąd na to wszystko brać siłę? Koń tego wszystkiego nie udzwignie...
Kardiolog, która opiekuje się Naszym synem- a w dzieciństwie miała i Mnie pod swoją opieką, mówi do Mnie:
-Asia, jesteś silna. Sama wiesz ile w życiu przeszłaś i dałaś radę. Walczysz o siebie i o swoje dziecko z taką determinacją, że sama mogłabym brać z Ciebie przykład.
Jej słowa podziałały na Mnie jak kolejny zastrzyk energii. Nie pozostaje Mi nic innego jak kolejny raz wstać, wziąść się w garść i iść do przodu. Wczoraj kolejny Anioł trafił w Moje ręce. Pięknie wykonana pamiątka, która na pewno znajdzie swoje miejsce w codziennym życiu. Może w Nich tkwi Moja moc? W każdym bądz razie są ze Mną codziennie i wierzę w to, że w jakiś sposób mają wpływ na Moje życie. Odespałam wczorajsze popołudnie i wstałam rano jak nowo narodzona pełna nadziei na lepsze jutro. Żeby nie choroba Juli to pewnie byśmy gdzieś poszli. A tak bedziemy koczować w domu przy jakiś grach planszowych. Ale co tam...ważne, że razem.
Po wczorajszej podróży padałam na paszczę ze zmęczenia, zdenerwowania i szybko poszłam spać. Wizyta ze starszakiem u kardiologa i badania nie takie jak oczekiwałam. Nie jest dobrze. Przegroda międzykomorowa masakrycznie powiększona. Od ostatniego badania we wrześniu znowu przerost się powiększył. I znowu powtarza się historia sprzed 2 lat wstecz, kiedy to dziecko weszło w wiek szybkiego wzrostu. Kolejny plik badań do zrobienia, skierowania i bieganie po lekarzach Nas czeka. Dziecko na co dzień ma być bez jakiegokolwiek wysiłku, stresu i innych zagrażających życiu sytuacji, które należy wyeliminować z Jego dzieciństwa. Pytam więc:
-Pani doktor, skąd na to wszystko brać siłę? Koń tego wszystkiego nie udzwignie...
Kardiolog, która opiekuje się Naszym synem- a w dzieciństwie miała i Mnie pod swoją opieką, mówi do Mnie:
-Asia, jesteś silna. Sama wiesz ile w życiu przeszłaś i dałaś radę. Walczysz o siebie i o swoje dziecko z taką determinacją, że sama mogłabym brać z Ciebie przykład.
Jej słowa podziałały na Mnie jak kolejny zastrzyk energii. Nie pozostaje Mi nic innego jak kolejny raz wstać, wziąść się w garść i iść do przodu. Wczoraj kolejny Anioł trafił w Moje ręce. Pięknie wykonana pamiątka, która na pewno znajdzie swoje miejsce w codziennym życiu. Może w Nich tkwi Moja moc? W każdym bądz razie są ze Mną codziennie i wierzę w to, że w jakiś sposób mają wpływ na Moje życie. Odespałam wczorajsze popołudnie i wstałam rano jak nowo narodzona pełna nadziei na lepsze jutro. Żeby nie choroba Juli to pewnie byśmy gdzieś poszli. A tak bedziemy koczować w domu przy jakiś grach planszowych. Ale co tam...ważne, że razem.
,,Moja siła tkwi w setkach upadków
jakie przygotowało Mi życie.
Za każdym razem kiedy się podnoszę
nabywam mocy, aby kroczyć dalej!''
czwartek, 25 lutego 2016
25.02.2016r
127 dzień...
Rozchorowało się młodsze dzieciątko. Gorączka od wczoraj trzyma i nie chce odpuścić. A że przylepka przytula się cały czas, to faszeruje się dodatkowo wspomagaczami, ażeby niczego nie załapać. Pogoda za oknami Nas nie rozpieszcza -koniec lutego, a tu nie wiadomo czy to zima czy jesień. Fruwają te zarazki w powietrzu i człowiek musi chuchać i dmuchać na siebie, aby się nie przeziębić.
Jutro jedziemy z Matim na echo do kardiologa. Chce Mu jeszcze Pani doktor zrobić porządny przegląd serduszka przed planowanym zabiegiem. A Ja? Na chwilę obecną odzyskałam swoją formę i wynajduje sobie różne zajęcia, żeby mieć czym zająć myśli. Póki co z pozytywnym skutkiem Mi to wychodzi -oby tak dalej.
Wiem, że nie mogę się poddać, bo stanę na straconej pozycji. A wtedy to jest deprecha murowana. Ciężko jest czasami, bo człowiek walczy sam ze sobą. Ciało rządzi się swoimi prawami, a rozum karze Ci wstać i iść do przodu! Ale osobiście wychodzę z założenia, że pozytywnym ludziom lepiej się żyje w tym pokręconym życiu. Swoją pogodą ducha i optymistycznym myśleniem potrafią zdziałać naprawdę wiele. I tego się cały czas trzymam. Są dni, kiedy i Mnie dopada dół, bo chwilami już naprawdę mam dość wszystkiego. Ale dzień- dwa i fruwam z powrotem jak nowo narodzona. Nie dopuszczam do siebie nawet myśli, żeby się zamknąć sama w sobie ze swoją chorobą. Zwariowała bym już na wstępie.
Każdy z Nas ma w życiu jakieś cele o zrealizowania. Ja też mam. Zaczynam od tych małych, bo brakuje Mi jeszcze sił na te duże. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną- a nawet bym powiedziała że jest na minimum, ale w tym wypadku chyba wyjścia nie mam. Więc poczekam.
Na początku tygodnia miałam telefon. Pan profesor zlecił Mi podwyższenie dawki niektórych leków i niestety powrót do Cordaronu. Więc endokrynolog znowu wita. Po konsultacji z monitoringiem stwierdził, że częstoskurcze za duże spustoszenie robią i trzeba je znowu wyeliminować. Tym bardziej, że te zagrażają juz życiu. Jeśli sytuacja w najbliższych dniach się nie poprawi, będę zmuszona jechać do Zabrza na badania. Wcale Mi się ten pomysł nie podoba i mam cichą nadzieję, że na tyle będzie wszystko dobrze, że wyjazd ominę szerokim łukiem. Bynajmniej na razie.
Miałam tego nie dodawać, ale wiadomość spadła na Mnie jak grom z jasnego nieba. A tutaj piszę o wszystkich swoich przemyśleniach. I dobrych i tych złych. Osoby z Mojego bliskiego otoczenia nie chciały Mi o tym mówić, a i tak na samą świętą noc się dowiedziałam od pewnej osoby. Niezbyt to mądre było z Jej strony- ale myślę, że nie chciała zle. Mianowicie osoba, która od stycznia dochodziła do siebie po przeszczepie serca- zmarła. Przykre bardzo. Upadłam z hukiem na cztery litery...Coś czego najbardziej się boję i co przesłania Mi chwilami cały świat. Świadomość tego najgorszego. Żeby nie rozmowa z A. to nie wiem czy bym spokojnie poszła spać. Taka terapeutka z Niej cudowna. Wiem, że takie sytuacje też się zdarzają, ale człowiek chcąc nie chcąc takie rzeczy przeżywa- tym bardziej siedząc i czekając na ten konkretny telefon...
Z rana zamiast kawy- zaserwuję sobie kubeł zimnej wody.
Żeby wziąć się w garść!
Tak dla przypomnienia.
I do przodu marsz!
Rozchorowało się młodsze dzieciątko. Gorączka od wczoraj trzyma i nie chce odpuścić. A że przylepka przytula się cały czas, to faszeruje się dodatkowo wspomagaczami, ażeby niczego nie załapać. Pogoda za oknami Nas nie rozpieszcza -koniec lutego, a tu nie wiadomo czy to zima czy jesień. Fruwają te zarazki w powietrzu i człowiek musi chuchać i dmuchać na siebie, aby się nie przeziębić.
Jutro jedziemy z Matim na echo do kardiologa. Chce Mu jeszcze Pani doktor zrobić porządny przegląd serduszka przed planowanym zabiegiem. A Ja? Na chwilę obecną odzyskałam swoją formę i wynajduje sobie różne zajęcia, żeby mieć czym zająć myśli. Póki co z pozytywnym skutkiem Mi to wychodzi -oby tak dalej.
Wiem, że nie mogę się poddać, bo stanę na straconej pozycji. A wtedy to jest deprecha murowana. Ciężko jest czasami, bo człowiek walczy sam ze sobą. Ciało rządzi się swoimi prawami, a rozum karze Ci wstać i iść do przodu! Ale osobiście wychodzę z założenia, że pozytywnym ludziom lepiej się żyje w tym pokręconym życiu. Swoją pogodą ducha i optymistycznym myśleniem potrafią zdziałać naprawdę wiele. I tego się cały czas trzymam. Są dni, kiedy i Mnie dopada dół, bo chwilami już naprawdę mam dość wszystkiego. Ale dzień- dwa i fruwam z powrotem jak nowo narodzona. Nie dopuszczam do siebie nawet myśli, żeby się zamknąć sama w sobie ze swoją chorobą. Zwariowała bym już na wstępie.
Każdy z Nas ma w życiu jakieś cele o zrealizowania. Ja też mam. Zaczynam od tych małych, bo brakuje Mi jeszcze sił na te duże. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną- a nawet bym powiedziała że jest na minimum, ale w tym wypadku chyba wyjścia nie mam. Więc poczekam.
Na początku tygodnia miałam telefon. Pan profesor zlecił Mi podwyższenie dawki niektórych leków i niestety powrót do Cordaronu. Więc endokrynolog znowu wita. Po konsultacji z monitoringiem stwierdził, że częstoskurcze za duże spustoszenie robią i trzeba je znowu wyeliminować. Tym bardziej, że te zagrażają juz życiu. Jeśli sytuacja w najbliższych dniach się nie poprawi, będę zmuszona jechać do Zabrza na badania. Wcale Mi się ten pomysł nie podoba i mam cichą nadzieję, że na tyle będzie wszystko dobrze, że wyjazd ominę szerokim łukiem. Bynajmniej na razie.
Miałam tego nie dodawać, ale wiadomość spadła na Mnie jak grom z jasnego nieba. A tutaj piszę o wszystkich swoich przemyśleniach. I dobrych i tych złych. Osoby z Mojego bliskiego otoczenia nie chciały Mi o tym mówić, a i tak na samą świętą noc się dowiedziałam od pewnej osoby. Niezbyt to mądre było z Jej strony- ale myślę, że nie chciała zle. Mianowicie osoba, która od stycznia dochodziła do siebie po przeszczepie serca- zmarła. Przykre bardzo. Upadłam z hukiem na cztery litery...Coś czego najbardziej się boję i co przesłania Mi chwilami cały świat. Świadomość tego najgorszego. Żeby nie rozmowa z A. to nie wiem czy bym spokojnie poszła spać. Taka terapeutka z Niej cudowna. Wiem, że takie sytuacje też się zdarzają, ale człowiek chcąc nie chcąc takie rzeczy przeżywa- tym bardziej siedząc i czekając na ten konkretny telefon...
Z rana zamiast kawy- zaserwuję sobie kubeł zimnej wody.
Żeby wziąć się w garść!
Tak dla przypomnienia.
I do przodu marsz!
środa, 24 lutego 2016
24.02.2016r
126 dzień...
Ostatnie dni nie napawały Mnie zbytnim optymizmem. Czułam się fatalnie. Bez sił, bez jakichkolwiek perspektyw na przyszłość. Iskra, która codziennie rozpalała we Mnie nowe dawki energii gasła w szybkim tempie. Zmęczona już byłam tym wszystkim... Złym samopoczuciem, czekaniem i tak w kółko. Znowu powróciły nocne zmaganie się z szaleńczym tętnem, które nie daje o sobie zapomnieć. Strach mijający się z przerażeniem i opanowaniem, żeby nie dopuścić tylko do wyładowania. Czasami sobie myślę- po jakie licho się zgodziłam na ten sprzęt?? Za jakie grzechy muszę tak się męczyć...i takie tam inne. Moja psychika jest chwilami na skraju wyczerpania emocjonalnego. Ale codziennie rano wstaje- patrzę na uśmiechnięte buzie Moich dzieci i wiem, że muszę się podnieść. To jest Moja motywacja!
Oglądałam ostatnio piękny film. -Listy do Boga. Chwytająca za serce opowieść pełna miłości, triumfu i uśmiechu. Jakie przesłanie płynie z tego filmu? Przede wszystkim aby doceniać to co mamy, by zwolnić na chwilę, cieszyć się z każdej radosnej chwili Naszego życia. A co najważniejsze- nie tracić nadziei, bo to właśnie Ona potrafi nadać Naszemu życiu prawdziwy sens. Resztę przesłania polecam wyciągnąć podczas oglądnięcia filmu. Mnie podniósł na nogi. Myślę, że wielu ludzi także.
Zbliża się pózna pora, więc i pies czeka i zerka tu na Mnie tymi swoimi ślepkami z nadzieją, że za chwilę pójdziemy na spacer. To nasz codzienny rytuał. Ja ze słuchawkami w uszach nastrajana muzykoterapią (z kijkami lub bez) - i Luna jak ten bodyguard żwawo podążająca obok Mnie. Odprężenie na maksa!
No to idę...
Ostatnie dni nie napawały Mnie zbytnim optymizmem. Czułam się fatalnie. Bez sił, bez jakichkolwiek perspektyw na przyszłość. Iskra, która codziennie rozpalała we Mnie nowe dawki energii gasła w szybkim tempie. Zmęczona już byłam tym wszystkim... Złym samopoczuciem, czekaniem i tak w kółko. Znowu powróciły nocne zmaganie się z szaleńczym tętnem, które nie daje o sobie zapomnieć. Strach mijający się z przerażeniem i opanowaniem, żeby nie dopuścić tylko do wyładowania. Czasami sobie myślę- po jakie licho się zgodziłam na ten sprzęt?? Za jakie grzechy muszę tak się męczyć...i takie tam inne. Moja psychika jest chwilami na skraju wyczerpania emocjonalnego. Ale codziennie rano wstaje- patrzę na uśmiechnięte buzie Moich dzieci i wiem, że muszę się podnieść. To jest Moja motywacja!
Oglądałam ostatnio piękny film. -Listy do Boga. Chwytająca za serce opowieść pełna miłości, triumfu i uśmiechu. Jakie przesłanie płynie z tego filmu? Przede wszystkim aby doceniać to co mamy, by zwolnić na chwilę, cieszyć się z każdej radosnej chwili Naszego życia. A co najważniejsze- nie tracić nadziei, bo to właśnie Ona potrafi nadać Naszemu życiu prawdziwy sens. Resztę przesłania polecam wyciągnąć podczas oglądnięcia filmu. Mnie podniósł na nogi. Myślę, że wielu ludzi także.
Zbliża się pózna pora, więc i pies czeka i zerka tu na Mnie tymi swoimi ślepkami z nadzieją, że za chwilę pójdziemy na spacer. To nasz codzienny rytuał. Ja ze słuchawkami w uszach nastrajana muzykoterapią (z kijkami lub bez) - i Luna jak ten bodyguard żwawo podążająca obok Mnie. Odprężenie na maksa!
No to idę...
,,Dla wojownika nie ma większej radości od tej,
jaką daje Mu kroczenie ścieżką serca.
Podąża tą ścieżką zachwycony
cudownością tego wszystkiego i radując się
składa w sercu dzięki za ten niesłychany przywilej,
otaczając wszystko co spotyka
miłością i wdzięcznością''
Carlos Castaneda
niedziela, 21 lutego 2016
21.02.2016r
123 dzień...
Już grubo po północy, a Ja spać nie mogę. Trochę przespałam się popołudniu, ale obudził Mnie jakiś ból i ucisk w klatce. Posiedziałam trochę na łóżku z nadzieją, że odpuści jak zawsze i pójdę sobie jeszcze na małą drzemkę. Ale przeliczyłam się tym razem. Z dobre 2 godziny Mnie jeszcze trzymało. Najgorzej jak złapie i ciężko jest oddychać. Fatalna sprawa. Że tak powiem...szlag Mnie jasny wtedy bierze. Na wszystko. Jak się czuję, co czuję i to w jakiej sytuacji obecnie się znajduję. Ja- osoba ciągle będąca w biegu dostałam ograniczenia z którymi ciężko Mi się pogodzić. Ale walczę! Ciągle walczę- z pełną determinacją. Ale też z ostrożnością, aby sobie gorszej krzywdy nie zrobić. Najważniejsze, że nie strzela. Bo z tym już trudniej sobie poradzić. Psychicznie. Bo fizycznie człowiek zawsze się podniesie. Ostatniej nocy miałam jakieś zawirowania sercowe, że aż poderwałam się na równe nogi ze strachu, ale przeszło. Jak tak pomyślę, ile to człowiek czasami musi przejść w tym swoim życiu to zastanawiam się skąd w Nas tyle siły. Ale z drugiej strony- jak pomyślisz, że masz dla kogo żyć, to wszystko inne nie ma znaczenia.
Tak bym chciała gdzieś pojechać, odpocząć sobie od tego wszystkiego... Wyciszyć swoje myśli. Zregenerować siły. Ale pogoda beznadziejna, pochmurno, deszczowo i łatwo się przeziębić. Więc lepiej nie będę wyściubiać nosa nigdzie. Bo kolejnego telefonu z odmową przez choróbsko chyba nie strawie tak łatwo jak dotychczas... O wyjezdzie będę myśleć pózniej. W końcu niebawem wakacje. A w wakacje chcem pojechać w góry. I pojedziemy- jestem tego pewna. Już układam nawet pomału plan. I zamierzam go sprawnie realizować. Tylko czekam na dopracowanie szczegółów. Tych najważniejszych. Serduchowych....
Już grubo po północy, a Ja spać nie mogę. Trochę przespałam się popołudniu, ale obudził Mnie jakiś ból i ucisk w klatce. Posiedziałam trochę na łóżku z nadzieją, że odpuści jak zawsze i pójdę sobie jeszcze na małą drzemkę. Ale przeliczyłam się tym razem. Z dobre 2 godziny Mnie jeszcze trzymało. Najgorzej jak złapie i ciężko jest oddychać. Fatalna sprawa. Że tak powiem...szlag Mnie jasny wtedy bierze. Na wszystko. Jak się czuję, co czuję i to w jakiej sytuacji obecnie się znajduję. Ja- osoba ciągle będąca w biegu dostałam ograniczenia z którymi ciężko Mi się pogodzić. Ale walczę! Ciągle walczę- z pełną determinacją. Ale też z ostrożnością, aby sobie gorszej krzywdy nie zrobić. Najważniejsze, że nie strzela. Bo z tym już trudniej sobie poradzić. Psychicznie. Bo fizycznie człowiek zawsze się podniesie. Ostatniej nocy miałam jakieś zawirowania sercowe, że aż poderwałam się na równe nogi ze strachu, ale przeszło. Jak tak pomyślę, ile to człowiek czasami musi przejść w tym swoim życiu to zastanawiam się skąd w Nas tyle siły. Ale z drugiej strony- jak pomyślisz, że masz dla kogo żyć, to wszystko inne nie ma znaczenia.
Tak bym chciała gdzieś pojechać, odpocząć sobie od tego wszystkiego... Wyciszyć swoje myśli. Zregenerować siły. Ale pogoda beznadziejna, pochmurno, deszczowo i łatwo się przeziębić. Więc lepiej nie będę wyściubiać nosa nigdzie. Bo kolejnego telefonu z odmową przez choróbsko chyba nie strawie tak łatwo jak dotychczas... O wyjezdzie będę myśleć pózniej. W końcu niebawem wakacje. A w wakacje chcem pojechać w góry. I pojedziemy- jestem tego pewna. Już układam nawet pomału plan. I zamierzam go sprawnie realizować. Tylko czekam na dopracowanie szczegółów. Tych najważniejszych. Serduchowych....
,,Zawsze musi być jakiś cel,
aby odczuwało się chęć''
piątek, 19 lutego 2016
19.02.2016r
121 dzień...
,,Anioł -Symbol czystości, dobroci, potęgi,
nieśmiertelności oraz doskonałości.
Ochrania Nas i daje zrozumienie.
Przejawia się w życzliwości i niezwykłej dobroci.
Symbolizuję opiekę i czuwanie nad spokojem Naszej duszy''
Dlaczego poruszam temat Aniołów? Ponieważ dostałam dziś niezwykły prezent. Jedyny i od serca. Wyjątkowy. Pięknie wydana książka z osobistą dedykacją. Taką Moją na wyłączność. Wzruszyłam się bardzo, bo Anioły są dla Mnie symbolem opieki i wsparcia. A osoba, która Mi Ją podarowała dodatkowo ma swój udział w Moim życiu. Pomaga Mi zrozumieć wiele rzeczy i przejść przez to wszystko z ogromną dawką optymizmu. Moja Anielica przez duże A.
Dlatego wiem i będę to powtarzać każdemu kto znajdzie się w podobnej sytuacji jak Ja- jak ważne jest, aby mieć kontakt z osobami, które są już po transplantacji serca. Będąc już na liście zadajemy sobie mnóstwo pytań, mamy wątpliwości co zrobić... Mi dziewczyny dużo wyjaśniają, rozmawiamy na tematy, które cały czas Mnie nurtują. Cierpliwość ich jest ogromna. A pomoc nieoceniona.
Ale jest też i druga strona medalu. Jak w czasie tej całej batalii ze zdrowiem, znajomi którzy jak się wydawało byli znajomymi, już nimi nie są. Nadchodzi moment, kiedy czas weryfikuje ludzi i sytuacje w których się znajdujemy. Przykre to jest...ale trzeba podnieść się i iść do przodu. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Świata nie zmienimy. Ale zmienimy siebie i Nasze podejście do życia. Życia, które każdego dnia uświadamia Nam jakie jest wspaniałe. Więc cieszmy się tym co mamy i czerpmy z życia wszystko co najlepsze.
Dzisiejsze samopoczucie na plus. Bez duszności, bez większego zmęczenia. Chyba ta woda, która ostatnio ze Mnie zeszła wprawiła Mnie w lepsze samopoczucie. I oby tak dalej. Wtedy wiem, że żyje. Nie wspominając, że czuję się jak młody Bóg i swoją energią mogę góry przenosić. Uwielbiam ten stan. Uwielbiam ludzi, którzy są obok Mnie. Uwielbiam wszystko co Mnie otacza.
Tak.
Dziś mam wspaniały dzień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


