70 dzień oczekiwania...I DRUGI TELEFON !
Jestem czarownicą...jak Boga kocham. Dziś znowu zle spałam w nocy. Jakieś koszmary, niepokój, przerzucanie się z boku na bok. Wstałam jak zombi z niewyspania, ale jakoś ten dzień przebimbałam. Godzina 17:46 dzwoni telefon...SERCE ZABRZE. Tak mam zapisany w tel numer koordynatora z kliniki. Odbieram.
- Dzień dobry. Z tej strony lekarz.... Dzwonie z Zabrza. Pani Joanna?
- Tak to Ja. Już wiem skąd Pan dzwoni.
- To jak się Pani czuje? Proszę się nie denerwować, ale najprawdopodobniej
będziemy mieli dla Pani serce. Jest dawczyni. To co, lecimy w podróż??
- Nie mogę...znowu nie mogę. Tym razem kobiece sprawy się przyplątały. To drugi dzień.
- Przykro Mi ale nie polecimy. Zagraża to Pani życiu. Widocznie to serce też nie było dla Pani. Będzie dobrze- proszę myśleć, że do 3 razy sztuka. Do widzenia.
Jak mam myśleć cokolwiek...Jedynie co to jestem spokojniejsza po tym telefonie niż ostatnio. Myślałam tylko nad tym, żeby się uspokoić i wyciszyć, bo już serducho zaczęło grać swoim rytmem. A u Mnie to moment i ICD zacznie rozrabiać. Tego to już nie przebrnę. Wpadłam w stres...zaczęłam cała dygotać, czuję ze na przemian Mi ciepło to zimno. I te duszności. Znowu Mi ciężko oddychać. Psia jego mać! Próbuje uspokoić swoją podświadomość ale z marnym skutkiem coś Mi idzie. Boże i co teraz?? Czy mam myśleć, że mam szczęście? W tak krótkim czasie dostałam 2 szanse na Nowe serce. Bo krótki- nawet miesiąc nie minął. A może to jakieś fatum nade Mną krąży, że jestem zmuszona rezygnować...albo świadomość, że ktoś znowu bardziej go potrzebował. Nie wiem już sama. Muszę się położyć, bo już czuję, że Mi ciężko. I na duszy i na psychice.
Nakładam słuchawki na uszy i odlatuję w spokój i ciszę...
To działa na Mnie jak relanium.
,,W życiu nie chodzi o posiadanie samych dobrych kart, ale o umiejętne granie tymi, które już masz w ręku. Uwierz, że warto żyć, a twoja wiara sprawi, że stanie się to faktem. Nie zagłębiaj się w przeszłości, nie śnij o przyszłości, skoncentruj swój umysł na obecnej chwili'' Żyj!
środa, 30 grudnia 2015
wtorek, 29 grudnia 2015
29.12.2015r
69 dzień...
Święta, święta i po świętach...Odpoczęłam chyba za wszystkie czasy...Wyleżałam, wyspałam i rozleniwiłam przy okazji :/ Najadłam się też chyba na zapas, bo już czuję sama po sobie, że jeszcze trochę a bym się kulkowała po mieszkaniu.
Powrót do rzeczywistości i kolejna zmiana myślenia na odpowiednie tory. Przemyślałam co miałam do rozważenia i trzeba było się w końcu naprawić.
Dziś porozmawiałam sobie z pewną pozytywną istotą, naładowałam dzięki Niej akumulatory na kilka dni i mogę działać dalej. Taka to Moja osobista iskierka, która Mnie napędza do dalszej walki. I do pozytywnego myślenia, że wszystko będzie dobrze...tak jak u Niej. I coraz bardziej zaczynam w to wierzyć...bo przecież zwycięzcy nigdy nie rezygnują- a rezygnujący nigdy nie zwyciężają :) Trzymam się więc tej zasady i idę do przodu jak burza.
Męczę się jeszcze z tym uporczywym kaszlem, ale pozostaje Mi chyba się tylko do tego przyzwyczaić bo lepiej to to nie będzie. Niewydolność serducha się w zastraszającym tempie pogłębia, ale najważniejsze żeby nie dać się zwariować i nie myśleć, że będzie jeszcze gorzej. Tak więc gdzieś tam sobie pochodzę czasami na spacerek, pooddycham świeżym powietrzem, pózniej poleżę i nabieram mocy na następne dni. W nocy jak Mnie łapią duszności zrobię obchód po pokoju i idę dalej spać. Ostatnio trochę przesadziłam z wysiłkiem fizycznym. Jak to Ja...-przecież mogę! I pózniej ledwie włóczyłam nogami ze zmęczenia. Chwilami sama siebie mam dość, ale taka natura pokręcona i trzeba jakoś z tym żyć. Jest dla kogo ;)
Tym optymistycznym akcentem kończę swoje dzisiejsze wywody i idę ładować się na kolejny wspaniały dzień 😄
Święta, święta i po świętach...Odpoczęłam chyba za wszystkie czasy...Wyleżałam, wyspałam i rozleniwiłam przy okazji :/ Najadłam się też chyba na zapas, bo już czuję sama po sobie, że jeszcze trochę a bym się kulkowała po mieszkaniu.
Powrót do rzeczywistości i kolejna zmiana myślenia na odpowiednie tory. Przemyślałam co miałam do rozważenia i trzeba było się w końcu naprawić.
Dziś porozmawiałam sobie z pewną pozytywną istotą, naładowałam dzięki Niej akumulatory na kilka dni i mogę działać dalej. Taka to Moja osobista iskierka, która Mnie napędza do dalszej walki. I do pozytywnego myślenia, że wszystko będzie dobrze...tak jak u Niej. I coraz bardziej zaczynam w to wierzyć...bo przecież zwycięzcy nigdy nie rezygnują- a rezygnujący nigdy nie zwyciężają :) Trzymam się więc tej zasady i idę do przodu jak burza.
Męczę się jeszcze z tym uporczywym kaszlem, ale pozostaje Mi chyba się tylko do tego przyzwyczaić bo lepiej to to nie będzie. Niewydolność serducha się w zastraszającym tempie pogłębia, ale najważniejsze żeby nie dać się zwariować i nie myśleć, że będzie jeszcze gorzej. Tak więc gdzieś tam sobie pochodzę czasami na spacerek, pooddycham świeżym powietrzem, pózniej poleżę i nabieram mocy na następne dni. W nocy jak Mnie łapią duszności zrobię obchód po pokoju i idę dalej spać. Ostatnio trochę przesadziłam z wysiłkiem fizycznym. Jak to Ja...-przecież mogę! I pózniej ledwie włóczyłam nogami ze zmęczenia. Chwilami sama siebie mam dość, ale taka natura pokręcona i trzeba jakoś z tym żyć. Jest dla kogo ;)
Tym optymistycznym akcentem kończę swoje dzisiejsze wywody i idę ładować się na kolejny wspaniały dzień 😄
piątek, 25 grudnia 2015
25.12.2015r.
65 dzień...
Dzisiaj nadszedł kryzys. Pocieszyłam się przez parę dni psia mać! A już było tak fajnie, już czułam się lepiej. O wiele lepiej. Ale to tylko taka prowizorka była jak widać. Dziś wstałam znowu po 11, ale już czułam że coś jest nie tak. Nie tak jak powinno być. Zjadłam coś i chodziłam rozleniwiona cały dzień. Popołudniu znowu odlot na parę godzin. Od rana Mnie meczą te cholerne duszności. Nie idzie normalnie funkcjonować...Leżałam, to wstawałam, bo tak Mnie zatykało, że nie mogłam normalnie oddychać. I ten okropny duszący kaszel, który jest skutkiem niewydolności. No oszalał- jak się rozbrykał. Wkurza Mnie to niemiłosiernie. Żebym jeszcze miała siłę gdzieś iść, to może bym się trochę rozchodziła. Ale nie dziś. Chyba że bym szła włócząc nogami za sobą...Tak więc kisnę w domu i zapadam chyba w jakaś niewiadomego pochodzenia deprechę :/
Dla osoby, której zawsze i wszędzie było pełno taka niemoc jest straszna. Próbuje iść do przodu- a nie mogę. Odganiam od siebie nieprzyzwoite myśli, a te wracają ze zdwojoną siłą. I znowu nie mogę spać. Znowu myślę i analizuję. Ale inaczej się nie da. To samo przychodzi i samo odchodzi. Nie mogę się jakoś pozbierać do kupy. A najgorsze jest to, że taka niemoc zabiera Mi bezcenne pokłady Mojej energii, która jest dla Mnie prawie jak powietrze.
Co będzie dalej?
Nie wiem.
Niczego już pewna nie jestem....
Dzisiaj nadszedł kryzys. Pocieszyłam się przez parę dni psia mać! A już było tak fajnie, już czułam się lepiej. O wiele lepiej. Ale to tylko taka prowizorka była jak widać. Dziś wstałam znowu po 11, ale już czułam że coś jest nie tak. Nie tak jak powinno być. Zjadłam coś i chodziłam rozleniwiona cały dzień. Popołudniu znowu odlot na parę godzin. Od rana Mnie meczą te cholerne duszności. Nie idzie normalnie funkcjonować...Leżałam, to wstawałam, bo tak Mnie zatykało, że nie mogłam normalnie oddychać. I ten okropny duszący kaszel, który jest skutkiem niewydolności. No oszalał- jak się rozbrykał. Wkurza Mnie to niemiłosiernie. Żebym jeszcze miała siłę gdzieś iść, to może bym się trochę rozchodziła. Ale nie dziś. Chyba że bym szła włócząc nogami za sobą...Tak więc kisnę w domu i zapadam chyba w jakaś niewiadomego pochodzenia deprechę :/
Dla osoby, której zawsze i wszędzie było pełno taka niemoc jest straszna. Próbuje iść do przodu- a nie mogę. Odganiam od siebie nieprzyzwoite myśli, a te wracają ze zdwojoną siłą. I znowu nie mogę spać. Znowu myślę i analizuję. Ale inaczej się nie da. To samo przychodzi i samo odchodzi. Nie mogę się jakoś pozbierać do kupy. A najgorsze jest to, że taka niemoc zabiera Mi bezcenne pokłady Mojej energii, która jest dla Mnie prawie jak powietrze.
Co będzie dalej?
Nie wiem.
Niczego już pewna nie jestem....
środa, 23 grudnia 2015
23.12.2015r.
Niech nadchodzące Święta Bożego Narodzenia,
będą spędzone w atmosferze radości, wytchnienia
i zatrzymania od codziennego pędu.
Aby każdy z Nas pomyślał chodz chwilę nad otaczającym go szczęściem
dnia codziennego i potrafił czerpać z życia wszystko co najlepsze!
Święta- cudowny czas wybaczania sobie nawzajem błędów,
które każdy z Nas popełnia.
Czas miłości, przyjazni i spędzania tych pięknych chwil
w gronie najbliższych.
Niech nadzieja, która każdy z Nas ma w sobie, nigdy Was nie opuszczała
A dobroć- zawsze przy Was była.
Wesołych Świąt!
wtorek, 22 grudnia 2015
23.12.2015r.
64 dzień...
Pisanie Mi pomaga...jak dobra terapia w której uczestniczę tylko Ja. Mogę mówić i mówić co Mi na sercu leży.
Jeszcze nigdy nie byłam w sytuacji w której nie wiem co mam zrobić. To jest takie trudne. Dla Mnie do podjęcia odpowiedniej decyzji, dla innych do zrozumienia o czym Ja wogóle mówię i nad czym się zastanawiam. Najchętniej bym się obudziła z tego okropnego snu, mając świadomość tego, że jestem w pełni zdrową osobą. Tylko czy tak można? Wiele bym oddała gdyby to była prawda...
Dziś pewna osoba zapytała Mnie, czy Ja nie chcę przypadkiem stąd uciec... Wziąść nogi za pas i dać dyla za granice. Może aż tak to nie, bo do tchórzliwych osób nie należę i nie w Moim stylu było by abym postąpiła tak lekkomyślnie. Aczkolwiek coraz częściej zaprzątają Mi głowę myśli czy aby na pewno...czy nie spróbować jeszcze gdzieś indziej. Wiem, że w każdej sytuacji sobie poradzę i nie ma dla Mnie rzeczy niemożliwych. Jak wygonią Mnie drzwiami- wejdę oknem.
Ostatnio jak byłam w szpitalu, cieszyłam się jak dziecko bo próba wysiłkowa z tlenem wyszła Mi lepiej niż poprzednim razem. Nawet nadzieję miałam, że może jednak Mnie zdejmą z listy, tak jak mówił prof. przed badaniem. Ale pózniej:
-A to już Panią zostawię na tej liście jak już Pani tam jest.
Prysło wszystko...jak bańka mydlana. Pytam:
-Ale profesorze dlaczego? Przecież badanie wyszło lepiej...jest lepiej...jest...
-Jak będzie potrzebne serce, to nie będzie czasu na robienie znowu badań.
Jak będzie potrzebne? Czyli nie jest? Jeszcze nie jest? Nie rozumiem tego...nie potrafię się z tym nadal pogodzić. W takim razie dyndam sobie na tej liście i czekam...mając nadal mała nadzieję, na...no właśnie na co? Narazie jeszcze żyję z szansą, że jak najdłużej będę mogła się prowadzić z Moim własnym serduchem. Ale co będzie jak dostanę kolejny telefon? Jak zdecyduje się zostać w kraju...Wtedy już odwrotu nie będzie. Pofrunę helikopterem jak ta ptaszyna- prawie jak na ścięcie...Bo jak narazie tak to wszystko odbieram.
Nie wiem co to wtedy będzie.
Osiwieję już chyba na samym starcie.
Przyjdzie załamanie, jestem tego pewna.
Podniosę się- bo będę musiała.
Ale boje się tego cholernie...
Pisanie Mi pomaga...jak dobra terapia w której uczestniczę tylko Ja. Mogę mówić i mówić co Mi na sercu leży.
Jeszcze nigdy nie byłam w sytuacji w której nie wiem co mam zrobić. To jest takie trudne. Dla Mnie do podjęcia odpowiedniej decyzji, dla innych do zrozumienia o czym Ja wogóle mówię i nad czym się zastanawiam. Najchętniej bym się obudziła z tego okropnego snu, mając świadomość tego, że jestem w pełni zdrową osobą. Tylko czy tak można? Wiele bym oddała gdyby to była prawda...
Dziś pewna osoba zapytała Mnie, czy Ja nie chcę przypadkiem stąd uciec... Wziąść nogi za pas i dać dyla za granice. Może aż tak to nie, bo do tchórzliwych osób nie należę i nie w Moim stylu było by abym postąpiła tak lekkomyślnie. Aczkolwiek coraz częściej zaprzątają Mi głowę myśli czy aby na pewno...czy nie spróbować jeszcze gdzieś indziej. Wiem, że w każdej sytuacji sobie poradzę i nie ma dla Mnie rzeczy niemożliwych. Jak wygonią Mnie drzwiami- wejdę oknem.
Ostatnio jak byłam w szpitalu, cieszyłam się jak dziecko bo próba wysiłkowa z tlenem wyszła Mi lepiej niż poprzednim razem. Nawet nadzieję miałam, że może jednak Mnie zdejmą z listy, tak jak mówił prof. przed badaniem. Ale pózniej:
-A to już Panią zostawię na tej liście jak już Pani tam jest.
Prysło wszystko...jak bańka mydlana. Pytam:
-Ale profesorze dlaczego? Przecież badanie wyszło lepiej...jest lepiej...jest...
-Jak będzie potrzebne serce, to nie będzie czasu na robienie znowu badań.
Jak będzie potrzebne? Czyli nie jest? Jeszcze nie jest? Nie rozumiem tego...nie potrafię się z tym nadal pogodzić. W takim razie dyndam sobie na tej liście i czekam...mając nadal mała nadzieję, na...no właśnie na co? Narazie jeszcze żyję z szansą, że jak najdłużej będę mogła się prowadzić z Moim własnym serduchem. Ale co będzie jak dostanę kolejny telefon? Jak zdecyduje się zostać w kraju...Wtedy już odwrotu nie będzie. Pofrunę helikopterem jak ta ptaszyna- prawie jak na ścięcie...Bo jak narazie tak to wszystko odbieram.
Nie wiem co to wtedy będzie.
Osiwieję już chyba na samym starcie.
Przyjdzie załamanie, jestem tego pewna.
Podniosę się- bo będę musiała.
Ale boje się tego cholernie...
22.12.2015r.
63 dzień...
Zapiski z dzisiejszego Dnia zawierają dużą dawkę
własnych osobistych przemyśleń....
Jakąś rachubę czasu straciłam będąc tu na wczasach ;) Wczoraj dostałam wiadomość, żebym dała jakiś znak, że nie zaginęłam, bo są osoby których interesuje co się u Mnie dzieje. Fajne to... Zaczynając pisać bloga byłam święcie przekonana, że te Moje wypociny zostaną tylko i wyłącznie dla Mnie. A tu proszę jaki SURPRISE!
Dziś kolejny wędrowny dzień za Nami. Za Mną i dzieciakami. Wstaliśmy jak rodzina królewska prawie o godz 11 czasu Angielskiego, napełniliśmy żołądki, zapakowaliśmy prowiant i ruszyliśmy w drogę. Wprawdzie pogoda Nas na początku nie rozpieściła, bo padało od rana- ale od czego są parasole. Po paru dobrych minutach jak na zawołanie deszcz przestał padać i nawet delikatne przebłyski słońca widać było. Trochę pozwiedzaliśmy, kilka zdjęć zrobiliśmy, dzieci poszalały w parku który po drodze znalezliśmy i po dobrych 3 godzinach już delikatnie włócząc nogami przybyliśmy do domu. W sumie z dobre 3 km przeszliśmy. Byłam z siebie dumna!
Zakwasy poszły już dawno w zapomnienie i muszę stwierdzić, że nawet Moje serducho przyzwyczaiło się do codziennych spacerów. Już nawet i górki przestaja być dla mnie takim wielkim problemem. Zaczęłam się lepiej czuć. Nie wiem czy to rozruch dobrze na Mnie podziałał, czy zmiana klimatu...w każdym bądz razie dobrze Mi tu. I znowu w głowie kiełkuje tysiące myśli i pomysłów. Biedny ten Mój mąż jednak...co On się ze Mną ma :) Już nawet ostatnio stwierdził, że nie nadąża za Mną. W sumie wcale Mu się nie dziwie- Ja sama za sobą też nie mogę. W każdym bądz razie, mam jeszcze 10 dni na pełne przemyślenie pewnych spraw. I podjęcie bardzo ważnych dla Mnie kroków. Żeby to było takie proste...to dawno już bym była tu gdzie jestem teraz. Ale teraz...wszystko trzeba zrobić z głową i podjąć decyzję, które mogą okazać się najważniejsze w Moim życiu. Ryzyko jest częścią Mnie- adrenalina jest Moim motorem w życiu i pewnie znając Mnie zrobię tak jak sobie- Nam zaplanowałam. Musze tylko obrać dobrą strategie na to wszystko, bo przecież wywrócę tym całe Moje dotychczasowe życie. Ale do diabła- nie mieszkamy w jakimś buszu. Lekarze są wszędzie. A tutaj według Mojego już rozeznania też są bardzo dobrzy. Nawet z pewnym specjalistycznym szpitalem prowadzę już małe rozmowy na temat Mojego leczenia. Jak to głosi pewne bardzo mądre przysłowie...-Gdzie diabeł nie może , tam babę pośle! :)
Wczoraj rozmawiałam z pewna osobą i wystarczyło, że po wysłuchaniu Moich przemyśleń powiedziała Mi jedną rzecz:
-Ty się po prostu boisz. Boisz się tego przeszczepu.
Trafiła w dziesiątkę! Pomimo tego, że na ogół jestem silną osobowością to Mój strach sięga zenitu. Ktoś by powiedział- dlaczego? O czym Ty wogóle myślisz... Ja wiem o czym. Od 2 miesięcy zasięgnęłam opinii chyba z 10 lekarzy w sprawie przeszczepu. Opinie są bardzo podzielone- jedni uważają, że jest jeszcze za wcześnie, inni że mam za odporny organizm i moga być problemy, ale sa tez tacy którzy twierdzą, że lepiej teraz. Zasiali we Mnie ziarnko niepewności i strach. Zdaję sobie sprawę z tego, iż powinnam się trzymać tylko i wyłącznie swojego lekarza i wiedzieć że chce On dla Mnie jak najlepiej. Jednak po ostatniej wizycie na oddziale On też nie przekonał Mnie do końca do tego, że transplantacja jest Moim ostatnim wyjściem- teraz.
Człowiek w takich chwilach szuka ratunku wszędzie. Ja nadal uparcie twierdzę, że to jeszcze nie jest mój czas. Medycyna idzie cały czas do przodu i wiem , że póki mogę to zrobię wszystko, żeby jak najdłużej funkcjonować z własnym serduchem. Każdy Mi to mówi. A Ja do swojego jestem emocjonalnie przywiązana i tak łatwo go nie oddam! Jak narazie współpracuje ze Mną na tyle dobrze, że się jeszcze dogadujemy. Przeszczep ratuje życie- ale stawia tez bardzo dużo przeszkód z którymi trzeba sobie radzić. Immunosupresja niszczy Naszą odporność i jesteśmy od Niej uzależnieni do końca życia. Dla ludzi, którzy już naprawdę bardzo zle się czują transplantacja serca jest ratunkiem. Ja się jeszcze turlam- i to chwilami całkiem niezle. Wiem, że kardiomiopatia przerostowa zazwyczaj kończy się przeszczepem. Kiedyś jednak mając -naście lat poznałam w poradni taka wiekową babuleńkę. +70lat miała na pewno. Biegała prawie jak perszing. Z kardiomiopatia przerostową. Jak o Niej pomyślę...To jej twarz Mnie motywuje do tego, że jednak można próbować. Prowadziła normalny, aczkolwiek na pewno nie siedzący tryb życia. I nie potrzebowała żadnego przeszczepu. Wiem, że ktoś czytając Moje zapiski może sobie teraz pomysleć- boże ale Ona głupia. Dostaje szansę o która inni walczą latami.
Ja jestem inna. Mój charakter nie pozwala Mi się poddawać i karze Mi szukać innej alternatywy. Póki mogę- póki mam tyle siły, żeby sobie z tym poradzić. Wychodzę z założenia, że lepiej być świadomym, że się poniosło w życiu porażkę próbując, niż siedzieć i czekać na gwiazdkę z nieba.
W najgorszym przypadku, będę leżeć i kwiczeć!
I wcale się tego nie boje!
Póki co trzymam się słów św.Augustyna, który powiedział kiedyś, że..
Zapiski z dzisiejszego Dnia zawierają dużą dawkę
własnych osobistych przemyśleń....
Jakąś rachubę czasu straciłam będąc tu na wczasach ;) Wczoraj dostałam wiadomość, żebym dała jakiś znak, że nie zaginęłam, bo są osoby których interesuje co się u Mnie dzieje. Fajne to... Zaczynając pisać bloga byłam święcie przekonana, że te Moje wypociny zostaną tylko i wyłącznie dla Mnie. A tu proszę jaki SURPRISE!
Dziś kolejny wędrowny dzień za Nami. Za Mną i dzieciakami. Wstaliśmy jak rodzina królewska prawie o godz 11 czasu Angielskiego, napełniliśmy żołądki, zapakowaliśmy prowiant i ruszyliśmy w drogę. Wprawdzie pogoda Nas na początku nie rozpieściła, bo padało od rana- ale od czego są parasole. Po paru dobrych minutach jak na zawołanie deszcz przestał padać i nawet delikatne przebłyski słońca widać było. Trochę pozwiedzaliśmy, kilka zdjęć zrobiliśmy, dzieci poszalały w parku który po drodze znalezliśmy i po dobrych 3 godzinach już delikatnie włócząc nogami przybyliśmy do domu. W sumie z dobre 3 km przeszliśmy. Byłam z siebie dumna!
Zakwasy poszły już dawno w zapomnienie i muszę stwierdzić, że nawet Moje serducho przyzwyczaiło się do codziennych spacerów. Już nawet i górki przestaja być dla mnie takim wielkim problemem. Zaczęłam się lepiej czuć. Nie wiem czy to rozruch dobrze na Mnie podziałał, czy zmiana klimatu...w każdym bądz razie dobrze Mi tu. I znowu w głowie kiełkuje tysiące myśli i pomysłów. Biedny ten Mój mąż jednak...co On się ze Mną ma :) Już nawet ostatnio stwierdził, że nie nadąża za Mną. W sumie wcale Mu się nie dziwie- Ja sama za sobą też nie mogę. W każdym bądz razie, mam jeszcze 10 dni na pełne przemyślenie pewnych spraw. I podjęcie bardzo ważnych dla Mnie kroków. Żeby to było takie proste...to dawno już bym była tu gdzie jestem teraz. Ale teraz...wszystko trzeba zrobić z głową i podjąć decyzję, które mogą okazać się najważniejsze w Moim życiu. Ryzyko jest częścią Mnie- adrenalina jest Moim motorem w życiu i pewnie znając Mnie zrobię tak jak sobie- Nam zaplanowałam. Musze tylko obrać dobrą strategie na to wszystko, bo przecież wywrócę tym całe Moje dotychczasowe życie. Ale do diabła- nie mieszkamy w jakimś buszu. Lekarze są wszędzie. A tutaj według Mojego już rozeznania też są bardzo dobrzy. Nawet z pewnym specjalistycznym szpitalem prowadzę już małe rozmowy na temat Mojego leczenia. Jak to głosi pewne bardzo mądre przysłowie...-Gdzie diabeł nie może , tam babę pośle! :)
Wczoraj rozmawiałam z pewna osobą i wystarczyło, że po wysłuchaniu Moich przemyśleń powiedziała Mi jedną rzecz:
-Ty się po prostu boisz. Boisz się tego przeszczepu.
Trafiła w dziesiątkę! Pomimo tego, że na ogół jestem silną osobowością to Mój strach sięga zenitu. Ktoś by powiedział- dlaczego? O czym Ty wogóle myślisz... Ja wiem o czym. Od 2 miesięcy zasięgnęłam opinii chyba z 10 lekarzy w sprawie przeszczepu. Opinie są bardzo podzielone- jedni uważają, że jest jeszcze za wcześnie, inni że mam za odporny organizm i moga być problemy, ale sa tez tacy którzy twierdzą, że lepiej teraz. Zasiali we Mnie ziarnko niepewności i strach. Zdaję sobie sprawę z tego, iż powinnam się trzymać tylko i wyłącznie swojego lekarza i wiedzieć że chce On dla Mnie jak najlepiej. Jednak po ostatniej wizycie na oddziale On też nie przekonał Mnie do końca do tego, że transplantacja jest Moim ostatnim wyjściem- teraz.
Człowiek w takich chwilach szuka ratunku wszędzie. Ja nadal uparcie twierdzę, że to jeszcze nie jest mój czas. Medycyna idzie cały czas do przodu i wiem , że póki mogę to zrobię wszystko, żeby jak najdłużej funkcjonować z własnym serduchem. Każdy Mi to mówi. A Ja do swojego jestem emocjonalnie przywiązana i tak łatwo go nie oddam! Jak narazie współpracuje ze Mną na tyle dobrze, że się jeszcze dogadujemy. Przeszczep ratuje życie- ale stawia tez bardzo dużo przeszkód z którymi trzeba sobie radzić. Immunosupresja niszczy Naszą odporność i jesteśmy od Niej uzależnieni do końca życia. Dla ludzi, którzy już naprawdę bardzo zle się czują transplantacja serca jest ratunkiem. Ja się jeszcze turlam- i to chwilami całkiem niezle. Wiem, że kardiomiopatia przerostowa zazwyczaj kończy się przeszczepem. Kiedyś jednak mając -naście lat poznałam w poradni taka wiekową babuleńkę. +70lat miała na pewno. Biegała prawie jak perszing. Z kardiomiopatia przerostową. Jak o Niej pomyślę...To jej twarz Mnie motywuje do tego, że jednak można próbować. Prowadziła normalny, aczkolwiek na pewno nie siedzący tryb życia. I nie potrzebowała żadnego przeszczepu. Wiem, że ktoś czytając Moje zapiski może sobie teraz pomysleć- boże ale Ona głupia. Dostaje szansę o która inni walczą latami.
Ja jestem inna. Mój charakter nie pozwala Mi się poddawać i karze Mi szukać innej alternatywy. Póki mogę- póki mam tyle siły, żeby sobie z tym poradzić. Wychodzę z założenia, że lepiej być świadomym, że się poniosło w życiu porażkę próbując, niż siedzieć i czekać na gwiazdkę z nieba.
W najgorszym przypadku, będę leżeć i kwiczeć!
I wcale się tego nie boje!
Póki co trzymam się słów św.Augustyna, który powiedział kiedyś, że..
sobota, 19 grudnia 2015
19.12.2015r.
60 dzień...
Jeszcze chyba nigdy nie byłam tak rozleniwiona jak w ostatnich dniach...Bożeszz drogi. Leń. Dosłownie leń Mnie dopadł wielgachny! Nawet powtarzanie- ,,haloo Dżoana wez się kurcze doprowadz do porządku'' nie zdawało rezultatów. Nic nie docierało. Zachciało się odpoczynku- to miałam. A przecież Ja nienawidzę siedzieć i nic nie robić! No chyba, że nie mam definitywnie sił na nic. Ale teraz znowu walcze! Bo wiem, że mogę. Wiem, że wygram z tym swoim lenistwem i znowu będę górą.
Dziś znowu spacer. Wprawdzie do oddalonego o kilkaset dobrych metrów sklepu...ale dla Mnie na początku to była lekka mordęga. Miejsce w którym teraz przebywam jest miastem z górkami i pagórkami z każdej możliwej strony. Wychodząc w domu- czy to podążając w prawo, czy w lewo prowadzi droga bardzo górzysta. Tak więc chcąc iść do sklepu- trzeba zejść w dół, a pózniej wejść pod górę :/ Jak Ja w takich momentach tęsknie za Moim autkieeeem! W każdym badz razie jak to Ja- zawsze sobie tłumaczę- ktoś tam gdzieś miał dobry plan żeby Mnie tu ściągnąć dla rozruchu kości :) Tutaj nie ma wsadzania dupci w autko, tylko bierzesz nogi za pas i idziesz. Po 2 dniach mam takie zakwasy w nogach, że dziwię się że jeszcze się nie czołgam po ziemi :) Oczywiście nie obyło się bez narzekania pod nosem- po co Mi to było i że Ja to zawsze się gdzieś wkopie...
Brnę jednak do przodu jak burza i po lekkim ponarzekaniu pod nosem ustawiam się na odpowiednie tory. Z doświadczenia też wiem, że takie zasiedzenie do niczego dobrego nie prowadzi- na skutki nie trzeba było długo czekać!
Mam nadzieje, że jutro pogoda dopisze i nie będzie padać jak to ostatnio przelotnie bywa. A nawet jak- to wezmiemy parasol :) Plan na jutro już jest, także nic nie jest w stanie Nam go popsuć. O nie!
A na koniec...mała namiastka górek, które tak usilnie pokonuje i walczę nad swoją sprawnością fizyczną ;) -dodam jeszcze, że osobom, które maja zdrowe serducha to co piszę zapewne wydaje się banalne, jednakże życzę Wam, abyście nigdy nie musieli się zmierzać z takimi przeciwnościami w życiu jak np Ja. Dla Mnie to jest chwilami nie lada wyczyn i po każdym pokonaniu kolejnej przeszkody, wiem, że nie ma dla Mnie rzeczy niemożliwych...
Jeszcze chyba nigdy nie byłam tak rozleniwiona jak w ostatnich dniach...Bożeszz drogi. Leń. Dosłownie leń Mnie dopadł wielgachny! Nawet powtarzanie- ,,haloo Dżoana wez się kurcze doprowadz do porządku'' nie zdawało rezultatów. Nic nie docierało. Zachciało się odpoczynku- to miałam. A przecież Ja nienawidzę siedzieć i nic nie robić! No chyba, że nie mam definitywnie sił na nic. Ale teraz znowu walcze! Bo wiem, że mogę. Wiem, że wygram z tym swoim lenistwem i znowu będę górą.
Dziś znowu spacer. Wprawdzie do oddalonego o kilkaset dobrych metrów sklepu...ale dla Mnie na początku to była lekka mordęga. Miejsce w którym teraz przebywam jest miastem z górkami i pagórkami z każdej możliwej strony. Wychodząc w domu- czy to podążając w prawo, czy w lewo prowadzi droga bardzo górzysta. Tak więc chcąc iść do sklepu- trzeba zejść w dół, a pózniej wejść pod górę :/ Jak Ja w takich momentach tęsknie za Moim autkieeeem! W każdym badz razie jak to Ja- zawsze sobie tłumaczę- ktoś tam gdzieś miał dobry plan żeby Mnie tu ściągnąć dla rozruchu kości :) Tutaj nie ma wsadzania dupci w autko, tylko bierzesz nogi za pas i idziesz. Po 2 dniach mam takie zakwasy w nogach, że dziwię się że jeszcze się nie czołgam po ziemi :) Oczywiście nie obyło się bez narzekania pod nosem- po co Mi to było i że Ja to zawsze się gdzieś wkopie...
Brnę jednak do przodu jak burza i po lekkim ponarzekaniu pod nosem ustawiam się na odpowiednie tory. Z doświadczenia też wiem, że takie zasiedzenie do niczego dobrego nie prowadzi- na skutki nie trzeba było długo czekać!
Mam nadzieje, że jutro pogoda dopisze i nie będzie padać jak to ostatnio przelotnie bywa. A nawet jak- to wezmiemy parasol :) Plan na jutro już jest, także nic nie jest w stanie Nam go popsuć. O nie!
A na koniec...mała namiastka górek, które tak usilnie pokonuje i walczę nad swoją sprawnością fizyczną ;) -dodam jeszcze, że osobom, które maja zdrowe serducha to co piszę zapewne wydaje się banalne, jednakże życzę Wam, abyście nigdy nie musieli się zmierzać z takimi przeciwnościami w życiu jak np Ja. Dla Mnie to jest chwilami nie lada wyczyn i po każdym pokonaniu kolejnej przeszkody, wiem, że nie ma dla Mnie rzeczy niemożliwych...
Subskrybuj:
Posty (Atom)


