poniedziałek, 7 grudnia 2015

07.12.2015r

48 dzień…


            Wczoraj mieliśmy Mikołajkowy dzień. Nasz wspólny dzień. Wstałam w nawet dobrej formie, więc ubraliśmy się i poszliśmy ,,w miasto’’ szukać Mikołaja. Przecież obiecałam. Dzieci już czekały, aż mama nabierze mocy! A ich zawodzić nie można. Po zaliczeniu galerii i niezdrowego fast foodowego jedzenia  wróciliśmy szczęśliwi do domu. Dzieci zadowolone z drobnych prezentów i słodyczy, które dostały od napotkanych Mikołajów, a Ja że w końcu dotarłam do domu. Nie wiem, czy to jeszcze końcówka przeziębienia ze Mnie wychodzi, czy jakie diabelstwo się przyplątało, ale byłam zmęczona jak koń po westernie i już ledwo na oczyska widziałam jak weszłam do mieszkania. O boże jak się cieszyłam, że przekroczyłam jego próg. Z ,,tego szczęścia’’ padłam jak kawka na godzinna drzemkę. Norma.
Po przebudzeniu słyszę rozmowę:

J: Mati a po co dla mamy ta walizka z ciuchami?
M: Bo jak pojedzie po Nowe serduszko, to będzie musiała tam trochę zostać.
J: (płacz) Ale Ja nie chcę, żeby mama znowu jechała do szpitala.
M: Jula nie płacz. Przecież mama do Nas wróci.

Jasne, że wróci! Jakbym obuchem dostała w głowę po tych słowach.
O nie! Czas wstawać! Odpoczywać  będę pózniej !
Idziemy na spacer!
 -…Poszli i wrócili we wspaniałym nastroju :)

                A dziś wizyta u kardiologa. Trochę trzeba było się wypytać, trochę opowiedzieć co się ostatnio działo.
Trzymamy się jednak zasady- Oby do przodu! Słowa, które słyszę na wizycie- ,,Jak patrzę na Panią, to się zastanawiam skąd u Pani tyle optymizmu’’ nabierają ogromnego znaczenia. Wiara czyni cuda :)
Jaki wniosek z tego?
Tylko jeden….                     


Czerp życie pełnymi garściami
Zachłannie do siebie je garnij.
Nie trać już więcej czasu
Nie wolno Ci chwili zmarnować.
Każdy uśmiech, dobre słowo
Bierz, choćby po to by Je schować.
Wydostań z życia wszystko
Realizuj każde marzenie.
A tego wszystkiego co już dostałaś
Pilnuj i broń cała sobą!


 A teraz gorąca herbata, dobry film i czekam, aż dzieci skończą zajęcia w oświacie :)

sobota, 5 grudnia 2015

05.12.2015r.

46 dzień…
            

Jeden z dni, kiedy dopada dół…

          Pierwszy raz zachorowałam na – WIELKIE NIC MI SIĘ NIE CHCE!! Cały dzień mam lenia. Ogromnego. Pogoda fatalna, Mnie dalej trzyma wczorajsza niemoc i złe samopoczucie. Woda w osierdziu się zbiera, więc znowu duszności… Tabsy poszły w ruch, ale coś się ociągają z działaniem chyba. Miejsca nie mogę sobie znaleźć. Ni to leżeć, ni to siedzieć.  Brak powietrze i ucisk w klatce robi swoje. Gadzina nie pozwala Mi normalnie funkcjonować. Znowu Mnie męczy. Wkurza Mnie to! Boże jak Mnie to wkurza!
         Nawet gdybym chciała i stawała na rzęsach to nie mam siły. Nie dziś. To jest tak przytłaczające, że odbiera Mi całą radość życia. Żeby jeszcze nie to złe samopoczucie. A tu jak się przyczepiło od wczoraj, to nie odpuszcza. Trochę za długo to trwa. Jak nie przejdzie, będzie trzeba zasięgnąć interwencji. Innego wyjścia nie będzie.

            Jakiś taki beznadziejny ten wpis. Jakby nie Mój. W normalnej sytuacji powiedziałabym sobie- ,,Weź się ogarnij kobieto! I zapewne by Mi przeszło. Dziś nawet czekolada nie pomaga.

Cholera- Niedobrze ze Mną…

piątek, 4 grudnia 2015

04.12.2015r.

45 dzień…
               

             No i A. miała racje. Po jednym telefonie już nic nie jest takie samo. Moje myślenie jest ukierunkowane na to… co by było gdyby… a może jednak… czy byłabym już po… ile teraz do kolejnego tel… Na chwilę obecną to już ,,pozamiatane’’ i nic tego nie zmieni. Pozostaję tylko czekać na kolejny telefon i mieć nadzieję, że nie będzie to długa przeprawa. Zastanawia Mnie jednak ciągle ten sen… Nie daje Mi to spokoju. Zaczęłam się zastanawiać, czy to nie był jakiś znak. Czy jakiś Mój Anioł Stróż nie chciał Mi w ten sposób dać do zrozumienia i pokazać Mi że to już… Do dziś nie potrafię sobie tego w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć . Człowiek nie zawsze wierzy w takie rzeczy, ale jak już Jego samego dotyka taka sytuacja, to myśli innymi kryteriami. Od 2 dni moja torba leży już spakowana. Na tip top. Do tego czasu, była tylko częściowo przyszykowana- ,,A bo to jeszcze na pewno sobie poczekam’’. Nie ma już słowa poczekam- był pierwszy telefon, będzie i drugi. Kiedyś…

               Wczoraj zajrzałam do lekarza pierwszego kontaktu, to wyszłam z apteki obładowana lekami, żeby zwiększyć swoją odporność i się całkowicie nie rozchorować. I leżałam, leżałam, leżałam w domu pod ciepłym kocem i się leczyłam. Dziś lepiej. W południe za to miałam gościa. Takiego szalenie pozytywnego! Co to potrafi szybko wprawić człowieka w dobry nastrój :) Gorącej czekolady nie było, aleee co tam czekolada, jak takie towarzystwo jest. Potrzebne Mi to było. Odciąć się chociaż na chwilę od tego wszystkiego. Nie myśleć, nie analizować. Po prostu miło spędzić czas. 
                Teraz czekam aż zupełnie wyzdrowieje, najmłodsze schorowane dziecię pójdzie już do przedszkola, pogoda będzie w miarę dobra, a Ja zacznę realizować swoje postanowienie. Mam tylko nadzieję, znając moje ,,górnolotne  zapały’’ że moje plany nie pójdą w odstawkę i siła samozaparcia nie polegnie. No zobaczymy…

                Wieczór. Po całym dniu czuje się fatalnie. W jednym momencie nadeszła zła aura i ledwo włóczę nogami… Dodatkowo mam wrażenie jakby Mi coś na klatce piersiowej ,,siedziało’’. Koszmarne uczucie, jak ciężko jest równomiernie oddychać… Nienawidzę tego!  Psia mać! Podreptam trochę po pokoju, może odejdzie samo. Oby…Bo serducho się rozszaleje i będziemy ze sobą znowu walczyć. 
A Jutro przecież nowy dzień, nowe możliwości!


Tak więc głowa do góry i do przodu marsz! ---> swoją drogą uwielbiam ten tekst! 
Daje Mi takiego porządnego kopa w tyłek na ogarnięcie się :) Dziękuję A. 


                                           

czwartek, 3 grudnia 2015

03.12.2015r.

44 dzień….


           Wstałam dziś lewą nogą 😐 Nie moją ulubioną. Nie tą co trzeba. A może zle spałam? Tak to na pewno przez to. Połozyłam się wczoraj wcześnie spać, a wierciłam się jak nigdy. A to coś boli, a to nie ten bok… Zasnęłam. Obudziłam się jakaś niespokojna, poszłam po wodę i wróciłam do łóżka. Chyba przysnęłam, bo obudziło Mnie łomotanie serducha. O nie! Myslę… Tylko nie to… Zaczyna się. Dobra nie wpadajmy w panikę- będzie dobrze! Wdech- wydech! Ciśnieniomierz pod ręką i mierzymy… tetno-90…drugi raz…120…Jasna cholera! Wzrasta, a to zle wróży! 130…150… Fuck! I co teraz?! Wizje kolejnego ,,popieszczenia prądowego’’ już mam przed oczami. Aleee… chyba się uspokaja. Sprawdzam tetno- 110. Uff spada. Eureka! Paszcza pomimo przerażenia się uśmiecha. Nie jest zle. Nie dajmy się zwariować. Trzeba iść za radą profesorka i wziąć w takich przypadkach jak ten dodatkową część beta-blokera. O dziwo, że od tych końskich dawek leków, mój jak na razie dobrze współpracujący żołądek jeszcze się nie wykończył. Jestem zła! Bo historia lubi się powtarzać, bo znowu w głowie Mi zostanie…bo bo bo :/ W takich chwilach najlepiej działa na Mnie muzyka…więc słuchawki na uszy i zasypiam.
         
           Coś koło południa, po powrocie z dziećmi od dentysty dzwoni telefon. Zabrze! Analizuję… który to już raz w ciągu ostatniego miesiąca…

-Dzień dobry! Dzwonię z Monitoringu. Pani Joanna?   
- Tak to Ja.
- Dostaliśmy zapis, że coś się działo u Pani w nocy. Czy już jest wszystko dobrze?      Czy od ostatniego czasu były jakies zmiany w dawkach leku? Zdenerwowała się Pani  czymś?

Bożeszzz nawet we własnym domu czuję się jak na celowniku. Kontynuuje rozmowę:
- Tak, brałam… bla bla bla… ale ostatnio prof. Mówił o odstawieniu leku C..… a stres   tez  miałam. Ogromny!
-Proszę więc dalej kontynuować jego branie. Przy Pani częstoskurczach, które miała  Pani w nocy jego odstawienie nie jest dla Pani bezpieczne. My przekażemy taka  wiadomość dalej… A na stresy proszę uważać. Bo będzie miała Pani wyładowania.
        
          O masz Ci los! Załamka. Ale jak mam go wyeliminować?? No jak Ja się pytam! No nic dreptam do kuchni po kolejnego tabsa. Od razu też przychodzi Mi do głowy myśl… że Moje życie na pewno nie jest skazane na nude ;) 
          Swoją drogą…szkoda, że takich tabsów nie produkują. Od razu lżej na sercu by było :)





            Ide więc do sklepu…tym razem po czekoladę. Ona najlepsza na wszystko! 

środa, 2 grudnia 2015

02.12.2015r

43 dzień... i dalsze czekanie


           Podobno psy czują jak coś się dzieje. Wczoraj musiałam zebrać siły i myśli, żeby iść dalej naprzód. Żeby walczyć! Ten telefon trochę Mnie zdołował, ale musiałam to jakoś sobie poukładać. Luna- Nasz pies, nie odstępowała Mnie całe popołudnie. Przychodziła jak leżałam na kanapie, lizała Mnie i patrzyła tymi swoimi smutnymi ślepkami, jakby chciała powiedzieć- ,,Nie bój się, jestem obok''. Moje najmłodsze dziecię też się ciągle przytulało do mamy. Na zabawne pytanie- Co jej tak na czułości się wzięło, odpowiadała- Że jakoś czuje, że chce być blisko Mnie. I sama nie wie dlaczego...Jula ma 5lat. Zaczynam więc myśleć, że to wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Tak samo wczorajszy telefon. Wierzę, że znalazł się ktoś, komu nowe serducho było bardziej potrzebne. Ja poczekam. Jeszcze się pomęczę- podobno tak się szkoli swoja wytrzymałość ;) 
Noc na Moje szczęście minęła spokojnie, nie licząc kilku epizodów z pojawiającymi się dusznościami. Ale wczorajszy stres zrobił swoje, więc wybaczam ten wybryk :) 

           Wielkimi krokami zbliża się kontrol u Mojej sympatycznej Pani kardiolog- takiej dodatkowej, tu na miejscu. Też napewno ,,ucieszy się'' na Mój widok, bo ostatnio sama mówiła, że jest z lekka zdezorientowana mając u siebie pod opieką młode osoby (wspomnę tu delikatnie o E.) z taka chorobą i czekającą- czyli Mnie na przeszczep serca. No ale nie ma się co dziwić- miasto nie duże, a tu takie fajne rodzynki jak My Jej się trafiły :) W tym mamy dobrze, że chociaż nie musimy biegać za tymi lekarzami i prosić o podstawowe badania kardiologiczne, tylko w odpowiedni sposób sami o Nas dbają. Plus dla Nich.
          Dentysta też Mnie nawołuje. Na samo słowo już Mi w locie słabo, ale trzeba. Każda infekcja może doprowadzić pózniej do ostrego odrzutu a w efekcie do śmierci. Zęby pacjenta- rzecz priorytetowa. Jednym słowem nie ma że boli- co się odwlecze, to nie uciecze. Tym bardziej, że mam w zamiarze szybko stanąć na nogi i wrócić do domu! Jeśli już...

          Jakiś taki nijaki ten dzisiejszy dzień. Wypompowana jestem z energii całkowicie. Pomysł na obiad- telepatycznie sam przyszedł :) ugotowany czeka na powrót starszego synusia z placówki oświatowej, to mogę sobie resztę odpuścić. Tak właśnie zrobię. Dziś mogę. A i dodam jeszcze, że chyba wyśniłam sobie wczorajsze zdarzenie, bo dzień wcześniej miałam sen- identyczny do zaistniałej sytuacji telefonicznej. Czarownica jakaś czy jakie licho! :/ 

wtorek, 1 grudnia 2015

....

42 dzień  i  PIERWSZY TELEFON (!)….


     
- Tak słucham?
- Dzień dobry. Tu lekarz… jestem Koordynatorem Regionalnym Poltransplantu 
  w Zabrzu.Jest dawca! Mamy wstępnego dawcę serca, które może być dla Pani. 
  Jakie leki przeciwzakrzepowe Pani  bierze,  jakie ma Pani INR, jak się Pani czuje???

      Chwila…o czym On do Mnie mówi na boga? Co takiego? Serce? Rany boskie! Pierwsze myśli…uszczypnij się, uszczypnij bo to nie może być prawda! Zerkam na zegarek- 15:40. Telewizor gra, pies szaleje, dzieci też. No i przecież skończyłam przed chwilą  rozmowę przez telefon. To nie sen. To się dzieje naprawdę…

- Halo, jest tam Pani? Musimy ustalić szczegóły skąd Panią zabierzemy.
- Taaaak….Jeeeestem! Ale czy może Pani powtórzyć?
- Jest serce! Halo czy dobrze się Pani czuje??
- Tak, Nie, Znaczy nie wiem… Jestem przeziębiona. Nos prawie Mi odpada.
- W takim razie nie możemy. Musi Pani czekać. Za duże zagrożenie życia. 
  Biorca musi być w 100% zdrowy. Proszę zdrowieć. Miłego wieczoru.

          Miłego wieczoru?!! O matko! Jakiego miłego?!! Noc z głowy… Muszę pooddychać parę razy, żeby doszło do Mnie co się właśnie stało i się uspokoić na tyle, żeby nie narobić sobie przy tym problemów. Moje ciało przeżywa istne targania emocjonalne, a w takich momentach dużo nie brakuje, aby mój kardiowerter pokazał na co go stać :/
        
        Tak to własnie jest-  NIE ZNASZ DNIA ANI GODZINY… Kiedyś się zastanawiałam- ciekawe co się dzieje w głowie tych osób, które odbierają taki telefon. Teraz już wiem- Przerażenie. Tysiące myśli. Strach. Istny obłęd! Niby człowiek czeka, a jak pózniej przychodzi ta chwila i dostajemy telefon to przerażenie jest bliskie zenitu. Ja- ogólnie opanowana, w jednej chwili straciłam grunt pod nogami. Turlam się po mieszkaniu i nie wiem co mam ze sobą zrobić. Ale jednocześnie wiem, że nikt Mi w tym nie pomoże. Muszę sama. Sama uporać się ze swoimi myślami. Tak! Pójdę do sklepu. Kupię melisę…przewietrzę się przy okazji.
       Podążam więc do wyjścia w duchu powtarzając słowa…

        Będzie lepiej! Jutro. Na pewno!

01.12.2015r.

42 dzień...

                        

,,Uśmiecham się do ludzi. 
Czuje całą sobą muzykę, która leci w słuchawkach...
Jesienne liście opadają z drzew.
Mój cień tańczy wraz ze Mną w promieniach słońca.
Jestem szczęśliwa...
Mimo- pomimo wszystko. 
Tak po prostu! ''


          Wczoraj dotarło do Mnie dużo słów, w których przebijało sie...- jak fajnie jest czytać Mojego bloga, jak innym pomaga Moje pisanie, jak wyciągają wnioski, aby nie zamykać się w sobie z własnymi chorobami i otworzyć się ze swoimi emocjami. Aż Mi się paszcza uśmiechnęła :) Miłe to bardzo...bo wiem, na swoim przykładzie jak ciężko jest samemu sobie poradzić z tym wszystkim. Szczególnie jak człowiek jest chory i potrzebuje wsparcia. A najfajniejsze jest to, jak ktoś Mnie pyta, skąd mam w sobie tyle energi. No jak to skąd- z kosmosu ;) przecież...W każdym bądz razie, czasami jedna, trafiająca w sedno myśl, jedno słowo, może sprawić, że zmieniamy sposób patrzenia na samego siebie. To jak widzimy siebie, jest podstawą poczucia własnej wartości. 
         
         Przeskakując sobie niezgrabnie na inny temat, chciałabym zauważyć, że bujam się ze swoją kardiomiopatią już ponad 17 lat i jak się przyczepiła paskuda jedna, tak nie odpuszcza :/ Niezliczone wizyty lekarskie, pobyty w szpitalach i różnego typu zabiegi traktuje już jak dobrego kalibru usługi SPA, które jak wiadomo...może nie upiekszają, ale na pewno poprawiają w jakiś sposób Mój komfort życia. A to dużo, bardzo dużo. Po wielu udeptanych ścieżkach, od pewnego czasu trafiłam na lekarza, który profesjonalnie podchodzi do Mojej osoby, Mojej choroby i Mojego chwilami fatalnego samopoczucia. Ufam Mu, a to jest podstawą w każdej chorobie, która Nas dotyka. Oddajemy im swoje zdrowie, a czasami i życie pod swoja opiekę. Człowiek ma świadomość tego, że jest dla lekarza ważnym pacjentem, a nie jakimś pierwszym lepszym osobnikiem, którego trzeba szybko pożegnać. Ja sobie w kaszę nie dam dmuchać. Nie teraz! Nie jutro! Mój profesorek- na swoje nieszczęście wie, że nie pozwolę już się spławić. Przy ostatnim Moim pobycie, zobaczywszy Mnie na korytarzu miałam wrażenie, że Jego oczy mówiły- ,,O zgrozo! To znowu Ona!'' :)
no ale cóż...Życie! Ważniejsze przecież jest aby był dobry w tym co robi, a nie sztucznie miły. A jest. Mam nadzieję, że Ci przy stole też są...
         Po tylu latach przepełnionych strachem, bólem i niepewnością wiem, że trzeba walczyć o swoje. Dla siebie samej i co najważniejsze dla swoich dzieci, które sa jeszcze małe. Cały czas sobie powtarzam: - ,,Jak sama sobie czegoś nie załatwisz, to nikt tego za Ciebie nie zrobi''. Albo zrobi...ale bez własnej satysfakcji to nie to samo. Miarą sukcesu nie jest więc pozycja jaką się osiągnęło w życiu, ale przeszkody, które się pokonało na tej drodze.

        Tak na koniec jeszcze zakomunikuję, iż Nasza choinka ubrana- listy do Mikołaja też już wiszą i czekają na zabranie. Zbliżają się niedługo Mikołajki, więc- …A może wpadną dwa prezenty ;) Ubóstwiam, uwielbiam dziecięce myślenie! Pragnę także zauważyć, aby zawiesić oko na tym jakiej wielkości są listy. Żeby nie było...